Zobaczyłam wczoraj na FB tekst, że 27-30 grudnia to dodatkowe dni końca roku, które nie mają żadnego znaczenia („extra days of the year that don’t have any real meaning”). No. Jakby ich umiejscowienie urągało celowości. Niewygodnie wetknięte w kalendarz, między Boże Narodzenie a witanie Nowego Roku, gdy trudno zająć głowę pracą, do brzucha trafiają świąteczne zapasy, sklepy szykują remanenty, a wszystko inne dzieje się na pół gwizdka.
Może łatwo im odebrać sens, gdy otacza nas tak bardzo kultura biegu, zdążania i pochłaniania. Może trochę oddałby ją kalendarz typy „zrywus”, w którym odrywamy kartki liczące kolejne dni, i wyrzucamy je do śmieci. Listy zadań zaliczone (można wystawić sobie szóstkę albo zaledwie mierny), zaliczone wyzwania, wizyty, terminy, wakacje, śniadanie, kawa, serial. Jakbyśmy budzili się ciągle w świecie, który zresetował się do zera i jutro nie pamięta, co działo się wczoraj. Co trudnego albo co pięknego.
W te dni – od 27-30 grudnia – w moim kalendarzu pojawiają się tylko rzeczy najkonieczniejsze, jak wizyty u lekarzy ze sobą albo dziećmi. Nie powiedziałabym jednak, że resztę wypełnia coś bez znaczenia. Na podłodze w salonie rozgościły się dwa komplety puzzli 1000 kawałków, które układamy z synami (15-letnim i 6-letnim), włącza się też mój brat bliźniak, który przyjechał na święta z Anglii. Kiedy ktoś przechodzi przez pokój, zatrzymuje się na chwilę, kucamy, i dokładamy kolejne kawałki.
W przerwach oglądamy filmy.
Szykujemy coś do jedzenia.
Czytamy książki.
Mamy „zajęcia w podgrupach” – jest na przykład sekcja narciarstwa biegowego, do której jeszcze nie dołączyłam.
Czuję, jak ciało cieszy się momentami rozleniwienia. Jak ma ok na widok naczyń złożonych do zlewu z widokiem na „zajmę się tym jutro”. Lubię, jak dochodzi do głosu ten „zlew”. Mogę coś olać, bo wolę spędzić czas z bliskimi. Albo ze sobą.
Myślę o moim ogrodzie, który śpi. O sekretnym życiu roślin, uśpionych pod ziemią. Myślę też o jeżach, ślimakach i motylach, zimujących w stertach liści. Czy można to nazwać czymś bez sensu?
Ile w tym sensu, gdy TGV – pociąg pędzący 220 km/h – zwalnia, w końcu coś widać za oknem.
Bądźcie dobrzy dla siebie <3
M
Fot. Canva