– No i po co się w ogóle odzywasz? – słyszę głos chłopca, na oko 9-letniego, który zwraca się do kolegi.
Kopią razem piłkę na podwórku ładnego osiedla. Widzę ich, gdy zamykam za sobą bramę po wyjściu z własnej terapii. Późno już, zaraz pewnie rodzice pewnie zawołają ich do domu.
„No i po co się w ogóle odzywasz?”, chłopiec powtarza kilka razy.
Przychodzi mi na myśl, że chłopiec nie mógł sam wymyślić takiego zdania. Łatwo mi natomiast wyobrazić sobie dorosłego, dajmy na to tatę owego chłopca, który wypowiada te słowa do niego.
Albo do jego mamy.
Przykro musi być coś takiego usłyszeć. Ile zawstydzenia. Ile poniżenia. Ile musi być zawiedzionej nadziei na kontakt, gdy słyszy się coś takiego.
Łatwo mi sobie wyobrazić, jak złość, która w kontakcie z takim komunikatem, potrzebuje być gdzieś podana dalej. Na przykład koledze w zabawie. Niech i on poczuje to, co poczułem ja.
Dzieci stają się aktorami, wygłaszającymi dorosłe kwestie – te, z którymi nie umieją sobie poradzić. Występują wielkim teatrze podawania dalej trudnego. Czasem traumatycznego.
Nie sposób mi nie pomyśleć o spotkaniach w gabinecie, gdy z klientami rozmawiamy o głosach, jakie się w nich pojawiają z miażdżącym nieraz komentarzem do tego, kim są, czego pragną i na co chcieliby się odważyć.
Tak trudno bywa nieraz odebrać im prawdziwość.
Tak łatwo przebierają się za nasze „drugie ja”.
Karcą, powstrzymują, ośmieszają – zanim jeszcze cokolwiek zrobimy czy powiemy.
Dobrze sprawdzać, czyje kwestie niosą się we mnie echem? Czyje powtarzam ja, bo były zbyt trudne, więc dopóki się nimi nie zaopiekuję, zostanie mi jedynie odreagowywanie ich?
Warto robić przy tym przystanki.
Już niedługo Was do przystanków zaproszę.
Małgosia