Skleiłam w końcu tę połamaną figurkę.
Gdy ją trzymałam w dłoniach, zaciskając miejsca, które nie chciały przylegać do siebie, pomyślałam, że jeśli znowu upadnie, rozleci się najpierw w tych sklejonych miejscach. Bo taka jest kruchość pierwszych złamań. Zostają po nich rysy, w które wpadają od razu i z łatwością wszystkie kolejne zdarzenia, które w jakikolwiek sposób przypominają to pierwsze.
Pomyślałam też, jak pierwsze doświadczenia wsparcia i opieki instalują w nas tę zdolność opiekowania siebie i szukania wsparcia, albo jej pozbawiają. Dla tego dziecka, które upadło na twarz, bo nie trzymały go żadne ręce (jak w moim połamanym powystawowym zestawie z aukcji), normalnością jest cierpienie. I to, że się nie ma nikogo, kto pomógłby wstać. Takie dziecko to nawet już wołać nie będzie.
I odwrotnie: jeśli był kiedyś wrażliwy opiekun, który troszczył się, chronił i dostrzegał potrzeby (te głębokie naprawdę, a nie „czy szaliczek i czapeczkę ubrałeś?”), to później łatwiej jest sięgać do takiej opiekuńczej części siebie. Która w ogóle zadaje pytanie, co mogę dla siebie w trudnej sytuacji zrobić. I która daje impuls do szukania wsparcia u innych ludzi. Nie tylko wtedy, gdy doświadczamy czegoś nie do uniesienia, ale już wcześniej, gdy coś martwi, wkurza, zostawia z pytaniami, porusza. Im mniej uległo złamaniu to pierwsze połączenie z bliskim dorosłym opiekunem – tym większe mamy zaufanie do świata.
I odwrotnie – im więcej było złamań, spękań i rys, tym większy lęk przed powtórnym bólem. Przed zawodem straty. Przed brakiem oparcia. I z tego lęku może być bardzo trudno po wsparcie w ogóle sięgać.
Dobrze zaczynać od małych kroków. Od poczucia w swojej dłoni choć na chwilę czyjejś dłoni i wytrzymania – tym razem nie bólu, ale ciepła. Od sprawdzenia, że podzieliliśmy się kawałkiem siebie i świat nie rozpadł się na kawałki. Od dania sobie zgody na tyle odsłonięcia własnej kruchości, na ile mamy przestrzeń i siły. Od utulenia własnego lęku, bo jest i biedny, i prawdziwy. Bo ma swoją historię.
m
#bliskosiebie #bliskodrugiego