„Obudziłam się obok obcego człowieka”. „Kobieta obok mnie stała się dla mnie kimś obcym”. Tak czasami ktoś powie po latach bycia razem. Ta obcość – to mur, który najpierw wyrasta w naszych głowach. Mur ocen, pretensji, rozczarowania, niespełnionych oczekiwań. Z niego bierze początek ta obcość. Odmawiamy miłości nie realnej osobie, ale jej obrazowi, jaki w nas dobrze się już utrwalił. Zwłaszcza jeśli na przestrzeni życia doświadczyliśmy wcześniej wiele braków – troski, miłości, obecności, uwagi – wówczas ta osoba, która budzi się obok nas, niesie na plecach tak wielki ciężar. Żeby nas pokochać, jak nikt nigdy do tej pory nie kochał. I się jej nie udało.
Nikt z ludzi tego nie umie.
Więc tak, obudź się raz naprawdę w taki sposób, jakby obok ciebie była obca kobieta, obcy mężczyzna. Popatrz na tego człowieka oczami, które widzą ją albo jego pierwszy raz. Bez ocen, bez pretensji jeszcze za wczoraj i za piętnaście albo pięćdziesiąt lat do tyłu. Spojrzyj na tego człowieka i ciężary, jakie nosi. Na historię, jaką ma za sobą. Czy jest szczęśliwym mężem, szczęśliwą żoną? Czy dużo się uśmiecha?
Spojrzyj tak, jak patrzyłeś czy patrzyłaś po raz pierwszy, gdy coś cię w środku dotknęło. Gdy wszystkie flesze świata wydawały się spoczywać tylko na niej, tylko na nim. Przypomnij sobie tą świeżość, z jaką można patrzeć na człowieka, który jeszcze jest całkiem wolny, który nie jest jeszcze TWÓJ.
Z tym wszystkim spojrzyj. Obudź się jutro inaczej. Obudź się obok obcego człowieka i pokochaj go na nowo.
M
Często gdy wiążemy się z drugą osobą oczekujemy, że zapełni ona nasze braki: brak miłości, uwagi, ciepła i inne. Zakochujemy się nie w realnym człowieku, ale w naszych wyobrażeniach. Wyobrażeniach tego, że wypełni on nasze pustki, zaspokoi potrzeby. Moim zdaniem sami powinniśmy zadbać o sobie, wypełnić braki. Dopiero będąc integralnym możemy wejść w związek z drugą osobą i nie obarczać ją swoimi pragnieniami, pustkami.
Kłopot w tym, że te pustki i braki dochodzą do głosu dopiero w bliskich relacjach, więc nie bardzo jest jak wcześniej przetrenować… W moim odczuciu potrzeba kształtować takie modele „pracy nad relacją” czy towarzyszenia ludziom w relacjach, by było wystarczająco dużo przestrzeni na zajęcie się własnymi ranami każdej z osób i doświadczania ich uzdrowienia. Co wymaga przecież i tak wiele czasu.
Zgadzam się w pełni. Biorąc ślub myślałam, że moje życie będzie szczęśliwsze, że nareszcie ktoś mnie wysłucha, pokocha, będzie blisko i myślałam, że takie potrzeby zaspokoję w małżeństwie, bo po to ono między innymi jest. Myliłam się. Będąc sama poraniona spotkałam człowieka, który również był poraniony i łudziłam się, że stworzymy szczęśliwą rodzinę, jeżeli postaramy się. Często łączymy się z ludźmi, którzy są do nas podobni, bo wydaje się nam, że oni nas rozumieją. Łączymy się wg schematów zaczerpniętych ze swojej rodziny. Bardzo ciężko zapełnić pustki, które powstały w domu rodzinnym. Mimo, że jesteśmy dorośli to ciągle z tyłu głowy pojawiają się komunikaty, które wpajali nam rodzice, które nie zawsze wpływają budująco, ale również destruktywnie.