… może być sprzymierzeńcem tylko w bardzo ograniczony sposób. Jakaś doza tej odporności jest potrzebna, gdy jedziesz tramwajem, w którym akurat panuje mdlący zapach – i wytrzymujesz, bo musisz dojechać. Podobnie, gdy razi cię w oczy słońce podczas jazdy autem, ale spieszysz się i już nic z tym nie zrobisz.
Istnieje jednak taki rodzaj odporności na frustrację, który odcina od życia i prowadzi do egzystencji w duchu „cichej rozpaczy”, jak nazywała ten stan moja serdeczna koleżanka, Monika. Taka odporność, zapisana na tyle głęboko, że udaje nasze DNA – bywa wyuczona przez wzrastanie w środowisku głuchym na potrzeby albo takim, w którym nie wolno było ich manifestować. W domu, w którym dzieci muszą być grzeczne, bo inaczej mama albo tata powiedzą „pozabijam”. W domach nadopiekuńczych, gdzie rodzic wie lepiej za dziecko, że ono jest głodne albo jest mu zimno, albo do jakiej MUSI pójść szkoły, i realizuje swoje plany opieki w totalnym oderwaniu od potrzeb dziecka. Niszczącą odporność na frustrację można też wyrobić w sobie w domu, w którym rodzice, zajęci własnymi problemami, dzieci w ogóle nie zauważają. W takich środowiskach dla dziecka liczy się przetrwanie. Jakoś trzeba wytrzymać.
To taki stan umysłu, w którym po prostu wiesz, że nie dostaniesz tego, czego potrzebujesz, bo „w życiu musi być ciężko”. To stałe przyzwyczajenie do dyskomfortu, traktowanego jako wola Nieba. Odporność na frustrację odpowiada za grzęźnięcie – w beznadziejnym miejscu pracy, w znienawidzonej dzielnicy, w znajomościach, w których jest się traktowanym w sposób infantylny czy nieuczciwy. Odpowiada także za nieszukanie pomocy dla własnego małżeństwa czy rodziny, gdy nadchodzi w nich kryzys. Ten rodzaj odporności śpiewa znany dobrze refren, że musisz po prostu się bardziej postarać, żeby to wszystko wytrzymać.
Podczas gdy czasem, zamiast bardziej się starać, trzeba coś zrobić zupełnie inaczej.
Czasem wystarczy wysiąść z zatłoczonego tramwaju i pójść na piechotę. Zatrzymać się na stacji benzynowej i kupić za trzydzieści złotych okulary słoneczne. Niekiedy potrzeba napisać nowe CV. Umówić się na terapię, która pomoże ci zrozumieć siebie i męża/żonę. Nauczyć się nowych metod komunikowania własnych potrzeb i słuchania drugiego, by coś w relacji uległo zmianie.
Warto zacząć od małych rzeczy. Zastanów się, czy jest Ci wygodnie czytając ten tekst. Czy daleko jest fotel, w którym można normalnie usiąść, zamiast bokiem na krześle. Czy są gdzieś okulary, dzięki którym będzie łatwiej odczytać literki. Czy jest ci zimno, ciepło, czy jesteś głodny, głodna. Czy słyszysz swoje potrzeby, czy odporność na frustrację sprawia, że po raz kolejny jakoś wytrzymasz? Ewentualnie potem wyzłościsz się na innych, że mają lepiej, niż ty, a o tobie to już nikt nie myśli? Tak możesz się czuć, jeśli masz samą/samego siebie w wielkim zapomnieniu.
Nie, nie chodzi o to, by wypowiedzieć wojnę całemu światu i przez megafon krzyczeć, czego potrzebuję. Chodzi o to, że gdy uczę się opiekować sobą, coraz bardziej naturalny staje się spokój i uważność na rzeczywiste potrzeby innych.
A my dziś wieczorem na warsztacie będziemy sięgać po nowe [KLIK]. 🙂 Dobrego dnia 🙂
M