Zdarza się, że nasza historia odbiera nam po kawałku samych siebie. Że tak wiele było słyszenia „nie” na zwykłe przejawy życia, tak wiele naruszania granic, że czujemy się ze sobą nieswojo. Pokochanie siebie to wyzwanie ponad siły. I właściwie nie wiadomo, co to znaczy.
Przypomina mi się Mały Książę i słowa Lisa o oswajaniu. Lis tłumaczy chłopcu, że nie może się z nim bawić, ponieważ nie został jeszcze oswojony. A na pytanie o to, co to znaczy „oswoić” – odpowiada: tworzyć więzi. Czasem mamy doświadczenie czegoś przeciwnego. Mniej oswajania, a bardziej tresowania. Mniej czegoś o byciu akceptowanym za darmo, a więcej o dopasowaniu się do wielu oczekiwań. Tresura, kary i nagrody, tworzą związanie, ale więzi są możliwe tylko przez oswajanie.
Dobrze mi z myślą, że mogę oswajać siebie. Że mogę oswajać wszelkie części we mnie nie-swoje, których nie znam, z którymi nie umiem być, których mam czasem dosyć albo pogrzebane zostały bardzo głęboko. Oswajać to siedzieć obok w milczeniu, mówił Lis. I obserwować. Z zaciekawieniem dostrzegać rozmaite kawałki. Także te bolesne, zastygłe, zamrożone ze strachu. Ale również i te dzikie, i nieposiadające się z radości.
Do oswajania nie potrzeba bardzo wielu słów, których czasem używamy po to, by nie słyszeć – ani siebie, ani kogoś drugiego, najczęściej z lęku przed bliskością. Dlatego można zacząć od prostego: „Jestem tu obok”. „Jak się masz?”. „Co u Ciebie?”.
Możliwe, że jakaś część w nas na tę bliskość wobec-siebie-samego czeka. Na to, by w końcu zostać oswojoną. Swoją. Własną.
m