„Powinno się” jest bezosobowe jak zapis martwego języka. Tak różnego od języka życia.
„Powinno się” zwiększa napięcie, aż przestrzeli korki.
Zawstydza, bo odnosi do powszechnego ideału, który nie istnieje.
„Powinnam się cieszyć”. „Nie powinienem się bać”. „Powinnam dać radę” (a nie dałam). „Powinno mi to pójść szybciej”. „Powinno” uśmierca żywe części nas samych, które nijak nie są w stanie dopasować się do foremki.
W okołoświęciu „powinnoza” ma się bardzo dobrze. Każde święta mają swoją własną listę spraw. Zimą bardziej karp i prezenty, wiosną bardziej mazurki i umyte okna.
Nie zrozumcie mnie źle. Tradycja może być czymś pięknym i ważnym, gdy służy wyrażaniu albo doświadczaniu miłości. Zostaje mi w tym szczególnym tygodniu jednak w pamięci to, że Pascha, którą Jezus spożył z uczniami, zwana „ostatnią wieczerzą”, miała miejsce w pomieszczeniu wynajętym na mieście w tym samym dniu, ileś godzin wcześniej. I choć na pewno była bardzo uroczysta, świętowanie wynikało z tego, jakie sensy gestom nadali ludzie, którzy chcieli ze sobą być. Z powodu więzi, jakie ich łączyły.
Pisałam kiedyś, że zamiast odgrywania w głowie ciągle płyty z refrenami o tym jak „powinno być”, dobrze jest pobyć z tym, co aktualnie w nas jest. Może to poczucie nieogarniania, a może radość. Może smutek albo pragnienie oddechu. Mogę siebie pytać, co czuję. Co się dzieje? Czego bym chciała? Za czym tęsknię? Czego potrzebuję?
Te same pytania mogę zadawać moim bliskim. Nie wiem, czy dzięki temu stanie się tak, że ze wszystkim się wyrobimy, ale może będą to bliskie święta.
A że mnie rozkłada znowu przeziębienie, jakoś mi blisko do tego, że nie dogonię ideałów „powinno” już na pewno i jakoś będę potrzebowała to wszystko, co się we mnie odezwie, przytulić.
Bądźcie dobrzy dla siebie
Małgosia