Wakacje od wielu lat spędzam podobnie – razem z dzieciakami w systemie 24/7, przepakowując walizki co tydzień, dwa, a czasem co kilka dni, a Andrzej wyciąga, co może z urlopu i dołącza do nas gdzie tylko się da. Lubię ten czas. Lubię późne wstawanie, wspólne posiłki, trawę, hamak i luz. To nic, że własny dom potem musimy oswajać na nowo i spotykamy się z nim schyłku lata w stanie lekkiego zapomnienia.
No i nadszedł wrzesień. Zastał nas posmarkanych, w tym mnie prawie bez głosu, co pozwala weryfikować wyobrażenia na temat „dobrego startu” i skutecznie chroni mnie przed wpadnięciem w szaleństwo efektywności i tysiąca procent normy. Zamiast tego – jest normalność, w której jedyną pewną rzeczą jest nieustanna zmiana, niespodzianka, zaskoczenie. Od pierwszych dni roku szkolnego mogę więc spokojnie wrócić nie do zastanawiania się, jak wymagać od siebie jeszcze więcej, ale raczej do słuchania siebie i ludzi wokół mnie, by nasze życie nadawało się do życia, a nie było jakimś szaleńczym biegiem przez płotki. To w nas jest przecież ten głos spokoju, który mówi, jak dopasować grafik i ilość przedsięwzięć do aktualnej kondycji swojej i innych, jak redukować ilość spraw. Jak być w kontakcie z tym, co w nas samych żywe i silne, ale także kruche i potrzebujące ochrony, wołające o wsparcie.
Jestem przekonana, że bardziej wyrozumiałość i bycie razem ładuje akumulatory niż plan stachanowca, który w każdej dziedzinie musi sięgnąć jakiejś poprzeczki – i swoimi przymusami zaraża innych. Przecież jeśli ja mam przerąbane i muszę zawsze sto procent, to ty też – mężu, żono, dziecko!
O tych przymusach, które są w nas i o tym, czym można zastąpić słowo muszę, piszę dziś na portalu Aleteia [KLIK]. Myślę, że to może być dobry strat we wrzesień. 🙂
M