Praca, która ma sens

Praca, która ma sens

Może się czasem wydawać, że uprawiam tu pewien idealizm, pisząc najczęściej coś w rodzaju, że rodzina jest ważniejsza niż praca oraz że „sukces” w tej drugiej nie jest do szczęścia koniecznie potrzebny. Nie do końca to mam na myśli.

W weekend odświeżyliśmy sobie z dziećmi „Iniemamocnych”. Lubię ten film ogromnie, bo zrzuca mnie z krzesła w szczególności trafność obrazu – jak to jest być rodzicem, mężem, żoną. Zwłaszcza mężczyzną, który z superbohatera staje się pracownikiem ubezpieczeniowej korporacji, mężem i ojcem. Wciśnięty w za ciasne wdzianko pracowniczego mundurka, za maleńkim biureczkiem w wydzielonym płytą kartonową maleńkim boksie na oceanie wielkiego open space, w maleńkim samochodziku, podążającym koleinami praca-dom-praca – Iniemamocny uosabia ograniczenie ducha, jakie niesie praca odczłowieczona. Praca „trybika w wielkiej machinie”, bezduszny system przepisów, planów rocznych i podlegania głupim szefom, z którymi prywatnie nigdy byśmy się nie zaprzyjaźnili, bo świat ich wartości jest tak odległy, że zastanawiamy się, czy w takim modelu w ogóle spotykane jest osobiste szczęście.

Więc praca jest bardzo ważna. Jeszcze ważniejszy – sens, jaki niesie i jaki jej nadajemy. Victor Frankl w swojej koncepcji terapii przez sens pokazywał, że to on jest źródłem siły napędowej w życiu. Nie tyle, co robię, ale dlaczego ja to robię?

Historia pana Iniemamocnego pokazuje, jak frustracja w pracy niszczy zdolność do zaangażowania się w rodzinę, ale też jak pozytywnie wpływa na człowieka takie zajęcie, które daje wolność decyzji, poczucie misji i dobre wynagrodzenie. I jak odżywa człowiek, który jest doceniany i widzi perspektywy rozwoju. Choć cały film kończy się jednak ogólną puentą, że na koniec, gdy wszystko zawodzi, zostaje właśnie… rodzina, w której nie trzeba niczego udowadniać, ale w której jest się kochanym. I zarówno porażki, jak i krótkotrwały smak „sukcesu”, który jeździ na pstrym koniu, pomagają uświadomić sobie priorytety.

Pisząc te słowa we wpisie, którego w zasadzie miało nie być, bo niewiele zostało na niego sił, myślę ze szczególną miłością i wdzięcznością o moim systematycznie przeczołgiwanym przez korporację mężu, który ocala w sobie tak wiele sensu i który wziął na siebie ostatnio większość ciężarów w naszym życiu, ponieważ mnie powaliła choroba. Grypa, o której pisałam dwa tygodnie temu, okazała się nie być grypą, lecz poważnym problemem narządów wewnętrznych, którego przyczyna jest nadal diagnozowana. Pozostaję też ogromnie wdzięczna naszym bliskim, przyjaciołom i znajomym za modlitwę za nas w tym trudnym czasie.

Małgorzata Rybak