Przyjaciel siebie

Przyjaciel siebie

To, co ujęło mnie w odkrywaniu towarzyszenia w rozwoju drugiemu człowiekowi – akceptacja, życzliwość i zaciekawienie – wydaje mi się ogromnie prawdziwe w byciu kimś wspierającym dla samego siebie. Jak na tych dwóch obrazkach, którymi dzieliłam się w zeszłym tygodniu: z dwójką dzieci, zaglądających do studni z widokiem na niebo, i ze starcem patrzącym z wysoka na bezradne dziecko kilka pięter niżej.

I tak myślę, że można być dla siebie kimś, kto przy sobie jest. Życzliwie się sobie przygląda. Albo przynajmniej próbuje przy sobie być, na ile potrafi. Przyjmować siebie. Nie bać się swojego lęku. Nie wściekać się na swój gniew. Nie załamywać się swoim smutkiem. Ale wiernie być. Jak przyjaciel. Jak ktoś, kto nie wie wszystkiego, ale komu zależy. Kto ma dar swojej obecności. Kto w ciebie i tobie wierzy.

Można też być kimś, kto jest jak starzec patrzący z góry. Już nic go nie zachwyci ani nie zdziwi. Co najwyżej oburzy. On wie, jak i co ma być – i ciągle jest niezadowolony. Czeka. Czeka tyle, aż posiwiał z czekania. Aż to, co jest w nim nie do przyjęcia, wejdzie po drabinie na szczyty. Aż to, co zranione, siłą woli stanie się idealne. Będzie na to krzyczał, zamykał w komórce, wsadzał do trumny i wiekiem przykrywał. Zamiast zrozumieć. Zamiast podać dłoń. Zamiast przyjąć i wziąć w ramiona. Zamiast spojrzeć ze współczuciem. I zapytać: „czego potrzebujesz, żeby…?”.

Można siebie wspierać albo poniżać i uśmiercać krytyką. Można nigdy nie spojrzeć sobie w oczy. Albo próbować każdego dnia spoglądać w nie z miłością.

m

#bliskosiebie #bliskodrugiego