„Nie histeryzuj!”. Gdybym miała narysować, z czym mi się kojarzą te słowa, na obrazku ktoś stoi z urwaną ręką i płacze, a nad nim druga, „racjonalna” osoba, mówi: „Nie histeryzuj, w szpitalu ci to przyszyją”. Jak ktoś znacznie bardziej okaleczony – bo niewidomy emocjonalnie.
Psychowzroczność – to zdolność widzenia, kiedy się patrzy. Umiejętność zauważania, że za gestami, słowami i zachowaniami istnieją uczucia, historie, potrzeby i inne rzeczywistości świata wewnętrznego. Słowo to wymyślił Daniel Siegel, by nazwać zdolność dostrzegania stanu umysłu – własnego i innych ludzi.
Psychowzroczność pozwala nie krzywdzić dzieci, ale przychodzić im z pomocą. Pomaga nie krzyczeć, kiedy dziecko się boi, nie prawić kazań, kiedy płacze, nie wściekać się, kiedy wyraża złość, ale towarzyszyć z łagodnością w tym, by uczucia stawały się dla dziecka oswojone, możliwe do przeżycia i uregulowania. Pozwala zauważać, co dzieje się we mnie – jakie uczucia, potrzeby i przekonania się odzywają, jak również przenosić uwagę na innych uczestników sytuacji i ich potencjalny świat przeżyć. Dzięki psychowzroczności rodzic na przykład widzi, że dziecko płaczące w sklepie nie „robi mu na złość” (czego zresztą dzieci generalnie nie robią), ale że jest zmęczone, przebodźcowane albo głodne.
Rozumiem psychowzroczność tak, że nie jest czytaniem w myślach. Jest pierwszym krokiem do tego, by namierzyć, że dzieje się coś ważnego, co potrzebujemy zrozumieć. Pozwala zapytać, na czym dziecku zależy, czemu odczuwa smutek albo gniew i podążyć za jego przeżyciami.
Im mniej sami w dzieciństwie otrzymaliśmy empatii, tym bardziej jesteśmy odcięci od świata własnych uczuć i tym mniejszy mamy dostęp do psychowzroczności. Wówczas potrzebujemy czułą uwagą otaczać siebie i rozmrażać świat własnych uczuć i potrzeb, by umieć coraz więcej dostrzegać ich wokół siebie.
Bądźcie dla siebie dobrzy <3
m