Upadłam w piątek na ulicy. Przeleciałam jak Małysz nad krawężnikiem, niestety zabrakło końcowego telemarka i wyłożyłam się jak długa. Miałam taką myśl, jakie to ułamki sekund: lot, poczucie, że nie ma się czego złapać i że zaraz nadejdzie nieuniknione. Nie przelatuje przed oczami całe życie. Uruchamia się za to genialny instynkt w ciele, które próbuje zrobić wszystko, by upaść w najlepszy możliwy sposób – na przykład nie tracąc zębów.
Zęby zostały na miejscu, ale w lewej ręce zsiniał cały nadgarstek, że boli aż do ramienia. Zniszczyłam na bruku buty i wybrudziłam niemiłosiernie kurtkę. Opisuję to wszystko ze szczegółami, jak Proust poszukujący straconego czasu w siedmiu tomach wydanych nakładem, bo o tym znacznie łatwiej niż o uczuciach. Jak się czułam wtedy, leżąca, zbierająca się z pomocą córki i obolała do dziś. Bardzo chciałam na siebie nakrzyczeć, ale gadając z tą złością, odkryłam w końcu poczucie tak wielkiej bezbronności i kruchości, jakby została tylko odsłonięta skóra.
Wieczorem, gdy po dniu pełnym po brzegi zmierzałam ku spaniu, połamał mi się laptop. Nie upadł na krawężnik ani nie siadłam na nim, zajęta myślami na temat life in general czy też life in particular. Zamykałam go najzwyklej na świecie po obejrzeniu odcinka serialu, zasypiając zresztą nad nim, niegotowa na żadną już niespodziankę – a jednak trzasnął i uległ jakże niezręcznej tego dnia atomizacji. Nie wiedziałam, że gdy zaczyna się czuć opór w zawiasie, to pewnego dnia przy zmykaniu klapa po prostu się rozleci w drobny mak. I to akurat był ten dzień.
Nie miałam siły zapłakać. Wszystko we mnie ułożyło się w niemy znak zapytania, na wdechu, który trzymał mnie jeszcze rano. Dopiero po południu łzy znalazły jakiś tunel na zewnątrz, dogadawszy się z przeponą, żeby nie trzymać. Nie wytrzymywać. Siebie, życia, uczuć, strat.
Zrobiłam też kilka rzeczy, które przychodzą mi trudno. Spróbowałam nie być w tym sama. Sięgnąć tam, gdzie nie umiem sięgać (wyobraziłam sobie, jak słyszę potem od bliskich ludzi: „Czemu nie powiedziałaś? Pomógłbym/pomogłabym”). Układanie się z tym wszystkim, otulone współczuciem, stało się trochę łatwiejsze.
Myśli moje biegną do warsztatu o złych dniach, który poprowadzę 18.11. we Wrocławiu. Bardzo jest mi on bliski. Nie wiem, czy miewam więcej trudnych dni niż statystyczny Stefan Nowak, któremu zdarza się to tylko w jeden piątek w roku. Jeśli takie dni zdarzają Ci się – podobnie jak mi – częściej niż jemu i jeśli chcesz uczyć się opiekować sobą, gdy nadchodzi dół, to serdecznie zapraszam. Dowiesz się, jak działa Twój układ nerwowy w takich momentach i stworzysz dla siebie apteczkę pierwszej pomocy. Wyjdziesz z warsztatu także ze wspierającym rekwizytem. Ja swojego używam do dziś. Zapisy i informacje TU [KLIK].
A dla tych, co do Wrocławia nie dotrą, mam propozycję adwentowej grupy rozwojowej online. Będziemy w niej z bliska oglądać bliskość. Codziennie przez cały Adwent zajmiemy się innym jej kawałkiem. Będziemy też praktykować ją – ze sobą, innymi i Tym, który w święta ma urodziny. Bo z bliskością trudne dni stają się trochę łatwiejsze do przeżycia. Informacje TU [KLIK].
Bądźcie dobrzy dla siebie
Małgosia