Rzecz o naszych granicach

Rzecz o naszych granicach

Granice to bardzo żywy temat dla mnie, zwłaszcza że przez większość życia nie miałam pojęcia o ich istnieniu. Nauczona i dobrze wytrenowana, że granice moich możliwości określają inni – pani w szkole, przełożeni, szefowie, współpracownicy. Jak możecie się spodziewać, w końcu przyszedł moment wielkiego „dość” – opłacony naprawdę słono, gdy okazało się, że w pewnych miejscach mogę istnieć nadal, ale tylko bez granic. Nie miało to już znaczenia. Ciało, jako pierwsze z mądrych, w końcu dało znać donośnie, że nie zagada go żadna gadka o świętych celach, dla których nieważne są żadne środki, i które nie widzą granic.

Dziś takie święto, w którym łatwo czegoś nie zauważyć. Jak co roku w ten dzień docierają do nas wieści, że Miriam, dziewczyna z Nazaretu, powiedziała Bogu bez wahania „tak”. Podczas gdy naprawdę przysłuchamy się Jej rozmowie z Aniołem, przecież Ona odpowiada najpierw „nie”. A greckie słowo, na jej „zmieszanie”, oznacza wielkie wzburzenie.* Miriam opowiada o swoich granicach. Bierze udział w rozmowie o swoim ciele, dlatego zadaje pytania. I decyduje. Na podstawie wyjaśnień, jakie są jej potrzebne i które dostaje. Nikt nie tratuje jej granic. Nikt nie oczekuje, że zrobi coś „na ślepo” lub wbrew temu, w co wierzy i co uznaje za dobre.

Napisałam ten tekst o granicach [KLIK], by jakoś wysłać w świat wiadomość, że granice są niezbędne do życia, zdrowia i naszej integralności jako ludzi. I że gdy nie wiemy, gdzie ich szukać, to wracajmy do ciała. Ono nam powie pierwsze. Na przykład zmieszaniem i wzburzeniem. A gdy to poczujemy, będziemy mogli się zastanawiać, co jest nam potrzebne, by się swoimi granicami zaopiekować.

Bądźcie dobrzy dla siebie 💚

M
*tymi znaleziskami podzielił się ze mną kiedyś ks. Rafał Chruśliński

Fot. A. Halama/Unsplash

2 komentarzy

  1. Asia Be

    Często piszesz o ciele, Małgosiu. Dla mnie to jeszcze kosmos, chciałabym nauczyć się go słuchać. Wszystko przede mną.
    Granice uwielbiam. Jakieś 30 lat żyłam bez świadomości, że istnieją, że są potrzebne, ważne, że ja je mam. A raczej, że ich nie mam, a dobrze by było je mieć. I teraz już za nic w świecie bym ich nie oddała. Są piękne. Są takie dobroczynne. Są moją ochroną i drogowskazem. Moje granice, cudze granice. Uwielbiam je, naprawdę. Do niedawna czułam się odpowiedzialna za cały świat. Zawsze. I wszędzie. Teraz już wiem, że mam swój ogródek. Ja decyduję, co w nim robię, kto do niego wchodzi i kiedy. I nie włażę tam, gdzie mi nikt furtki nie otwiera. Jakie to jest uwalniające, jakie lekkie, jakie uspokajające. Nie muszę zbawiać świata. Mogę odpocząć. Uff 🙂

Komentarze są zamknięte.