30 grudnia, późnym wieczorem, zapisałam maczkiem swoją wdzięczność za rok 2020. W pięknym zeszycie*, który podarował mi pod choinkę mój brat bliźniak, za którym bardzo tęsknię, bo nie mieszka w Polsce i z powodu pandemii nie mógł przyjechać do kraju.
Zostawiłam wiele wolnego miejsca, by dopisywać te znajdowane jeszcze ciągle skarby, jakie ten trudny i inny niż wszystkie rok przyniósł. Rok wielkiego docenienia życia, które okazało się tak bardzo kruche nie po raz pierwszy w moim doświadczeniu, ale pierwszy raz na taką globalną skalę.
Był to dla mnie rok doświadczania nowego. Zawodowo – z jego początkiem zdałam egzamin w pierwszej szkole coachingu i wyszłam z niej z wiedzą, że po to, by wykonywać ten zawód, potrzebować będę bardzo wiele wsparcia. Wiedziałam, że na pewno skorzystam z superwizji i że w tej roli osobą z moich marzeń o prowadzeniu i wsparciu byłby Jacek Jokś, człowiek o niebywałej wrażliwości, wiedzy i doświadczeniu.
Kolejnym kamieniem milowym była zaczęta wiosną i trwająca nadal szkoła Need-Based Coachingu, prowadzona przez Pernille Plantener – nurtu czerpiącego z coachingu transformacyjnego, NVC oraz systemu wewnętrznej rodziny (IFS). Poczułam się w niej ze swoją wrażliwością i poszukiwaniami „jak w domu”, a coaching zyskał dzięki temu doświadczeniu oblicze empatycznej obecności przy drugim człowieku. Ta szkoła to również ogromne doświadczenie wspólnoty i wymiany, bo jako grupa zabraliśmy się z sercem do praktykowania w parach.
W międzyczasie Jacek Jokś zaczął pracować jako superwizor i od maja brałam udział w superwizjach grupowych, a potem indywidualnie, nie mogąc wyjść ze zdumienia, jak to marzenia się spełniają. A ponieważ pracuję od listopada z klientami, mam wiele pytań i potrzeb do zaopiekowania.
Był to też rok podjęcia ważnej dla mnie współpracy jako autorka z portalem Deon i poszukiwania sprawczości wobec doświadczenia bezsilności i poranienia w Kościele. Zostaje ze mną taka myśl, że odbieranie ludziom sprawczości jest haniebne, a przywracanie jej prowadzi do wielorakiego zmartwychwstawania.
Był to kolejny rok wracania do kontaktu z sobą samą i swoim ciałem. Rok zaopiekowania go w żmudnym procesie fizjoterapii, która przywraca zapomniane jego części, zamarłe traumatyczną pamięcią. Rok brania ciała pod uwagę przy planowaniu, decydowaniu, wyborach. I jestem ciekawa, jak dalej ułoży się ten wielki powrót.
To był także rok bliskości naszej małej mikrowspólnoty rodzinnej, w której odkrywamy, jak dobrze nam być ze sobą. Rok uczenia się siebie nawzajem bardziej i więcej z uwagi na ilość czasu spędzanego razem (wszyscy funkcjonujemy online). Rok pięknych wakacji, podczas których poszukiwanie przestrzeni zawiodło nas w malownicze miejsca Polski.
Rok troski o bliskich przez wybieranie formy kontaktu bezpiecznej i możliwej w tym czasie. Rok przyjaźni. Rok dawania sobie prawa, byśmy jako rodzina wybierali według naszych potrzeb. Za nikim już nie próbując nadążyć ani dotrzymać kroku, ale skupiając się na tym, kto u nas jakim rytmem potrzebuje podążać.
I pewnie wiele bym mogła dodać <3 Zatrzymuję się nad tym z Wami z ciekawością, czym dla Was był ten ostatni rok. I nadzieją, że dobro Was szukało i znajdowało, choćby w najbardziej zaskakujących miejscach.


Uwielbiam piękne zeszyty! I piękne latarenki! I piękne świeczki i świeczniki! I wszystko, co piękne! Potrzeba piękna jest dla mnie bardzo ważna i uwielbiam ją. To pierwsza rzecz, która mi przyszła na myśl. A druga to jakieś rozczulenie, kiedy widzę jak w dobie smartfonów robisz notatki w tym pięknym zeszycie. To takie… hm…nawet nie umiem znaleźć dobrego słowa… takie… romantyczne? Takie osobiste. Takie głębokie. Takie wrażliwe. Takie ponadczasowe. Takie piękne.
W ostatni dzień roku na godzinę przed przyjazdem znajomych pojechałam do kościoła na chwilę złapania oddechu w ciszy przed wieczorem sylwestrowym. I nie planowałam podsumowań. Spontanicznie zrodziła się we mnie wielka wdzięczność do Boga za cały miniony rok, wszystkie piękne relacje i wydarzenia, które zaistniały. Za terapię i jej owoce w ostatnich miesiącach. Za to, co związane z mężem i dziećmi. Za tego bloga i Ciebie, Małgosiu. I wiele wiele innych. Za to, że jestem coraz bardziej sobą i odkrywam, że życie może być piękne i szcześliwe. A nie trudne i na przeczekanie. I popłakałam się z tego wszystkiego, tak z radości 🙂 i chcę więcej. I wreszcie wiem, że wolno mi chcieć 😉
to dla mnie poruszające, że znalazłam się na tej liście wdzięczności! Bardzo Ci życzę więcej, którego możesz chcieć <3 🙂