„Jest mi tak bardzo smutno…” – „Zobacz do lustra, jaki masz ładny uśmiech!”
„Jestem na niego wściekła!” – „Eee, nie przesadzaj, zrozum, że on nie chciał źle”.
„Nie mam siły się za to zabrać…” – „Na pewno masz na to siłę, wystarczy jej poszukać”.
Dewastacja. Taki termin usłyszałam w szkole coachingu. Ucieszyłam się, bo nareszcie znalazłam odpowiednie określenie tego, co się dzieje, gdy zaprzeczamy uczuciom drugiego człowieka, gdy nam o nich opowiada.
Nie wiem, czy to się dzieje z lęku przed uczuciami w ogóle, który podpowiada, że jak się coś poczuje, to człowieka zniszczy. Dlatego lepiej zaprzeczać. Wypierać. Wkładać do szuflady. „Wcale nie jestem zła”. „Wcale nie jestem smutny”. Damy to do szuflady. I tam niech leży pod kluczem. I potem tylko dziwią te eksplozje. Te gejzery. To wysadzanie świata w powietrze, bo łyżka upadła na podłogę. Bo się stłukło albo wylało. Albo te implozje do własnego wnętrza, gdy coś nas rozrywa od środka. To właśnie ten trop. Zaprzeczanie. „Wcale nie czujesz tego, co czujesz. Albo: „Jak się postarasz, to zniknie”.
Uczucia potrzebują być wysłuchane, żeby sobie z nimi poradzić. „Jestem wściekła!” – „Słyszę, że rozgniewało cię to strasznie!”. Jak ktoś o tym powie, to może kogoś nie zabije.
„Jestem bardzo smutna” – „Widzę ten smutek. Przykro mi, że doświadczasz takiego trudnego momentu. Czego ode mnie potrzebujesz?”. Może wtedy znajdzie się uśmiech. Bo jest mi smutno, ale jest obok ktoś bliski.
Wysłuchanie uczuć drugiego i pozwolenie, by wybrzmiały, to wyraz szacunku. Pozostaje pomyśleć: „dziękuję ci za ten kawałek ciebie”. Maleńki fragmencik. Wysłuchanie to także wyraz wiary w drugiego. Że sobie poradzi. I że poradzi sobie łatwiej, kiedy o tym opowie. Że nasza obecność jest potrzebna do tego, żeby to przeżył, a nie żeby coś zrobić za niego.
Warto słuchać uczuć i tego, o czym opowiadają. U siebie. U dzieci. U męża. U bliskich. U pani w sklepie.
m
#bliskosiebie #bliskodrugiego #słuchanie #towarzyszenie
