W naszym domu jest także królik.
Gdy wchodzę do pokoju Ani, gdzie mieszka po sąsiedzku ze świnkami morskimi, te drugie zawsze piszczą jak szalone. I to nieważne, ile razy wejdę. Zawsze mają ochotę na coś i głośno o tym opowiadają. Wystarczy, że usłyszą szuranie moich kapci na schodach.
Nie jak królik. Choć ma śliczną klatkę bez zewnętrznej ściany i mógłby swobodnie chodzić po całym pokoju, nie przekracza linii, na której kiedyś znajdowała się krata. Nieopodal stoi regalik z wszelkim asortymentem pyszności, ale do niego nie dociera, nawet gdy jest głodny.
Kiedy świnki piętro wyżej drą się wniebogłosy, on cicho staje słupka. Nie wydaje z siebie nigdy dźwięku. Nawet nie wiem, czy umie. Porusza noskiem tylko i drży, ogromnie zaniepokojony. Jak zawsze zresztą. Niepokoi się cały czas. I nie wiem, czy także wtedy, gdy mnie tam nie ma, czy tylko gdy znajdę się w pobliżu.
Nieraz wchodzę z rozmaitymi rzeczami do świnek po kilka razy, zanim dotrę do jego klatki. I mijam go i serce mi także drży. Jak on w tej ciszy nie ma pojęcia, czy ktoś go w ogóle widzi. Czy ktoś pamięta. Czy też drzwi od pokoju się zamkną i za chwilę wszystko przepadnie.
I gdy do niego się schylam – rozpaczliwie nie wiem, czy bardziej potrzebuje, by go pogłaskać, czy raczej dać mu święty spokój, by to jego drżenie ustało.
I przypominam sobie to uczucie, kiedy już wiem, że mnie coś minęło. Kiedy nawet nie przyszło mi do głowy, by powiedzieć o tym na głos. Żeby poprosić. Żeby zapytać. Żeby opowiedzieć, że czegoś bardzo chcę. Że mi zależy. I tak słowa zostają solidarne z głosem, który uwiązł nie-wiadomo-gdzie, jak w cichym czekaniu tego królika. Najpierw pełnym nadziei, że coś się stanie samo. Potem w niepokoju, że pewnie już nie. I na koniec w bezbrzeżnym smutku pewności.
Tyle uwięzionych słów. Ważnych słów. Dobrych opowieści. Może takich, które coś zmieniają. Przed czymś chronią. I takich, które gdyby wyfrunęły, mogłyby wrócić pokazując, że istnieje życie gdzieś na świecie. Słowa, które mogłyby dać się przekonać, że potrzebować to dobrze. Przytrzymane za progiem na wszelki wypadek. Żeby świat nie spadł na głowę, jeśli to będą nie te. Żeby nie było kłopotów. Żeby nie zawracać głowy. Żeby nie usłyszeć „nie”. I żeby się nie przekonać, że jednak mogą być bez znaczenia.
Niewypowiedziane prośby, nieopowiedziane marzenia, niewyrażone granice, zmarnowane szanse na bliskość.
m
do wykonania grafiki użyłam fot. @shresale
Jestem takim królikiem. Od małego. Właśnie po to, by nie usłyszeć odmowy. Musiałam kiedyś ją usłyszeć chyba? Nie pamiętam nawet, ale w życiu dorosłym każdą odmowę odbieram jako totalną osobistą porażkę i wstyd. Przeczytałam ten post i płaczę bardzo, znów czuję się tym dzieckiem, które przerażone czymś zesztywniało od głowy po stopy.
bardzo przejmujące, to, co piszesz… Przytulam Ciebie i pytam, czego potrzebujesz, żeby mieć mniej tego lęku przed odsłonięciem siebie?
Pięknie wyrażone, chociaż smutne, bo takie prawdziwe… Jakbym była tym zwierzątkiem nie tylko wtedy, kiedy mieszkałam w zaryglowanej klatce, ale i teraz, ponad 30 lat później…
Bardzo dziękuję. Paradoksalnie unikając interakcji, czyjegoś dotyku również, właśnie dotyku najbardziej brakuje. Kiedy bywa naprawdę źle ze mną, uświadamiam sobie, że potrzymanie kogoś za rękę, zwykłe siedzenie i trzymanie za rękę drugiej osoby bez względu na płeć, byłoby wielką ulgą.
bezinteresowny dotyk tak wiele daje. Czując czyjąś dłoń można poczuć, że istnieje ktoś jeszcze. Ale można też poczuć, że sami istniejemy… A czy możesz pomyśleć o sytuacjach, gdy jeszcze nie jest naprawdę źle, kiedy można by coś zrobić, by tego dotyku było więcej? Witając kogoś, ściskając na pożegnanie, wykonując jakieś gry i zabawy ruchowe, przy czymś jeszcze innym?
Tak, pomyślę o tym, chciałabym to zmienić. Niesamowite jest to, jak trafiasz słowem do mnie, myślę, że do innych również. W kilku słowach wyrażasz esencję tego, co czuję.