Nie piszę o tych drobinach rozczarowań, które chrzęszczą w świątecznych makowcach, po to by odbierać sobie i Wam radość tego czasu. Uchylam zresztą rąbka mojego codziennego świata oszczędnie, umiem w nim poruszać się sprawnie, wybierać to, co ma sens. Nie piszę też po to, żebyście mnie żałowali albo myśleli „ale mazgaj”.
Piszę dlatego, że opłakiwanie strat robi nam w życiu łatwiej. Łzy, gdy się je powstrzymuje za drzwiami i mówi, że ich powody są nieważne i głupie, albo się lęka, że po otwarciu tych drzwi utopią nas bez kresu – utykają gdzieś w gardle, piersiach, brzuchu, szyi. Utykają w przestrzeni zwanej pustką, która jest w nas prożnią po wyproszeniu trudnych uczuć.
Ta pustka ma taką ssącą właściwość, że chcemy wrzucić do niej cokolwiek. Cokolwiek co ją zapełni. Pustkę po nas samych – czujących, potrzebujących, prawdziwych.
Opłakiwanie strat u Rosenberga jest jedną z potrzeb dotyczących świętowania życia. Płacząc po tym, co znikło albo co się nie stało, bierzemy to coś do ręki i szepczemy mu: „byłeś/byłaś ważna”. To było ważne, czego chciałam, o czym marzyłam, co straciłam, co nie przyszło.
Łzy, gdy przejdą jak tsunami albo tylko zimowy deszcz, skończą się. Pojawi się za nimi przejmująca kolorami tęcza. Smutek, czule objęty, robi się coraz mniejszy, można go łatwo schować do kieszeni ze świątecznym pierniczkiem. Na drugim końcu tęczy macha żywo pociecha. Podsuwa rozwiązania albo pierwsze kroki, które do nich prowadzą. I nagle czujemy ulgę, w kałużach łez zaczynamy widzieć siebie pięknych i ważnych, delikatnych i odważnych. Odważniejszych niż wtedy, gdy mocowaliśmy się ze smutkiem, mówiąc mu, że jest głupi.
Przytulajcie swoje smutki, zaglądajcie im w oczy. Jeśli samemu za trudno, róbcie to z kimś, kto umie w tym pomóc. Otulajcie swoje zadrapania i rany, żeby nie stały się przewlekłe, duszące i osamotnione. W ten sposób świętujemy życie. 💛
Bądźcie dobrzy dla siebie 🎄🐾🎈
Małgosia
Cudne stworki do książeczki „Kolorowy potwór” zrobiła @Kreatiwonka 💚