Pisałam ostatnio mniej, bo zajął mnie spacer po Himalajach własnej codzienności. W zasadzie wszystko jest podobne do tego, z czym mierzą się wspinacze. I nie chodzi mi generalnie o walkę z przeciwnościami – tymi na zewnątrz, i jeszcze trudniejszymi w sobie samej. Ponieważ mam ostatnio więcej pracy z racji przygotowywania i prowadzenia warsztatów (KLIK) oraz „walentynkowych” niespodzianek (KLIK), towarzyszy mi coraz większa „spina” i orientacja na cel. A to są okoliczności, w których na ogół na dalszy plan schodzą relacje. I analogicznie, choć nie dosłownie tak samo, bo inna skala, podobno powyżej ośmiu tysięcy metrów, z powodu kompletnego nieprzystosowania człowieka do warunków tam panujących, himalaiści wchodzą w stan walki o przetrwanie, która powoduje koncentrację wyłącznie na sobie i ścieżce przed sobą.
Kiedy musisz wejść na szczyt, kiedy musisz zmieścić się na deadline, reszta pejzażu jakby blednie. Na ostatnim zjeździe Szkoły Trenerów braliśmy udział w grze szkoleniowej, która składała się z dwóch siedmiominutowych bloków, w których zespoły wykonywały bardzo skomplikowany projekt nie widząc siebie nawzajem, zaś na negocjacje wspólnej strategii działania pozostawały dwie przerwy, z których każda trwała minutę. Jak łatwo się domyślić, jednym z wniosków gry było, że można coś zrobić szybko, albo troszcząc się o relacje. No bo kiedy jesteśmy w trybie „szybko i do celu”, generalnie łatwo stratować innych, nawet nie mając pojęcia, że tak właśnie się stało. I na końcu na czubku góry fetować samotnie.
Często zresztą, próbując zwracać uwagę i na jedno (cel) i drugie (relacje między nami we wspólnym działaniu), skupiamy się na tym, by po prostu „być miłym”. I wtedy niby jest jakiś kompromis, że „naprzód do celu”, ale przecież nikogo nic nie boli, bo jesteśmy uprzejmi. Jednakże to, co jest w prawdziwym byciu i działaniu „razem”, to podstawowe pytanie zadawane tym, którzy przy nas: „jak się czujesz?”, „czego potrzebujesz?”, „a na czym Tobie zależy?” I na zadanie tych pytań potrzeba nie tylko czasu, ale i gotowości na weryfikację własnej mapy działania.
Lubię zdobywać własne szczyty. Daje mi to jakieś poczucie sprawczości, uruchmia talenty, mówi coś o ograniczeniach i generalnie pomnaża siły do tzw. „kopania się z życiem”. Myślę jednak, że bardziej niż chorągiewek wbijanych tu i tam, potrzebuję ciągle na nowo znajdować w sobie wyspę wdzięczności i darmowej akceptacji, w której od „sukcesu” nie zależy prawo do po prostu bycia. Także bycia w głębokiej łączności z tymi, którzy są obok.
Małgorzata Rybak