Spółdzielnia

Spółdzielnia

Jechałam wczoraj przez miasto na warsztat (tym razem dla mnie). Na znanych zatłoczonych ulicach, w godzinie wielkiego powrotu wrocławian z pracy, towarzyszyła mi nieznana piosenka z radiowej „Trójki”. Leciało to tak: Gdybym ja był tobą, gdybyś ty była mną, bylibyśmy tą samą osobą. Byłoby taniej, cieplej dwukrotnie być mogłoby lepiej. A potem jeszcze to: Mielibyśmy jedno ciało naraz, więc gdybym cię wołał, nie istniałoby zaraz.* 

Przyszło mi na myśl odruchowo to zlanie osób, które wielu ludzi myli z udanym małżeństwem – i z kluczem do życia długo i szczęśliwie. No właśnie, ile rzeczy byłoby prostszych, gdybym ja była tobą, a ty byłbyś mną. Jak cudownym porozumieniem byłyby nasze rozmowy. Jakim pasmem szczęścia byłoby zaplanowanie czegokolwiek, a potem realizacja planu. Ile radości sprawiałaby każda (przewidziana z góry) niespodzianka – ta przyjemna i ta, która stawia w kłopotliwym położeniu.

Nic nie wymagałoby negocjowania, każde pojęcie byłoby jasne. Twoje „kocham”, które dla ciebie znaczy określony rodzaj słów, gestów i działań, byłoby takie, jak moje oczekiwanie. To, co ja ci daję jako wyraz mojej miłości, zawsze trafiałoby w twoje potrzeby. Nie istniałaby opcja „nie zauważasz mnie” albo „masz mnie gdzieś” – no bo przecież miałbyś mnie w sobie, a tego to już nie da się (teoretycznie) nie zauważyć.

Ileż czasu może zabierać głośne opłakiwanie braku takiej harmonii w małżeństwie. Ile energii pochłania narzekanie, że przecież tak właśnie mogłoby być. „Gdybyś się bardziej starała”. „Gdybyś w końcu zrozumiał, jak jest dobrze i słusznie”. Tylko że akurat właśnie to jest oczekiwaniem rzeczy niemożliwej.

Dlatego tak fundamentalne dla tworzenia trwałego związku jest pożegnanie się z utopią zlania się w jeden organizm. Żeby zbudować więź, potrzebne są dwie oddzielne osoby. Które wnoszą ze sobą całe oddzielne światy, znajdujące punkty styczne i wspólne, ale których wzajemny pokój mogą zabezpieczać empatia i szacunek – w tym poszanowanie granic. Szanuję to, co możesz i to, czego nie potrafisz. Przyjmuję, że masz prawo potrzebować czegoś zupełnie innego niż ja. Podobnie jak ja mogę różnić się w swoich potrzebach od ciebie. I rozumiem, że nie będzie tak, że „mielibyśmy jedno ciało naraz, więc gdybym cię wołał, nie istniałoby zaraz”. Więź może istnieć dzięki tej przestrzeni, w której zmieści się pod jednym dachem twój humor inny niż mój, twoje przeżywanie inne niż moje – i moja zgoda na twoje „zaraz”.

M

*Jak się okazało, był to zespół Lao Che i piosenka pt. „Spółdzielnia”

Fot. Rawpixel / Unsplash