Czuję się w nurcie Gestalt jak w domu, ponieważ głęboko humanistyczny coaching, jaki proponuję osobom, które zwracają się do mnie z prośbą o towarzyszenie, jest zbieżny z jego założeniami.
Tak się to nam może kojarzyć, że coaching polega na tym, by wlec kogoś ku zmianie, doradzać mu, dawać feedback, który go zawstydzi. „Ale mnie szef wczoraj zkołoczował”, słyszałam kiedyś.
Albo myślimy, że coaching to przypominanie ludziom, że liczą się „osiągi” i z jego pomocą wejdą na sto dwadzieścia procent normy.
O Arnoldzie Beisserze jeszcze opowiem Wam więcej, bo to postać o niezwykłej historii, ale zobaczcie, co napisał o zmianie:
„Terapeuta Gestalt odrzuca rolę „zmieniacza”, bowiem podstawą jego strategii jest zachęcanie, a nawet namawianie, pacjenta, aby był tam, gdzie jest i tym, kim jest.
Uważa on bowiem, że zmiana nie zachodzi ani za sprawą „starania się”, przymusu czy perswazji, ani też nie jest wynikiem wglądu, interpretacji czy innych podobnych metod.
Wręcz przeciwnie, zmiana staje się możliwa tylko wtedy, gdy pacjent zrezygnuje, przynajmniej na chwilę, z tego, jakim chciałby się stać i pokusi się być tym, kim jest. Zakłada bowiem, że aby móc się ruszyć, przychodzi mu najpierw stanąć w miejscu, a poruszanie się bez solidnego gruntu, jest trudne lub wręcz niemożliwe”.
W nurcie, w którym pracuję, coach także pomaga osobie, która do niego przychodzi, dowiedzieć się, kim jest, i pokochać tę postać, która z tego poznania się wyłania.
Pomagam więc poznać własne myśli, uczucia, pragnienia.
Obawy, hamulce, sądy na własny temat.
Nawiązać relację z kawałkami siebie skazanymi dotąd na wygnanie.
Małgosia