Światełko obecności

Światełko obecności

Do tej pory łatwiej było zamieniać świętowanie w robienie. Kupowanie kwiatów, zapalanie zniczy, logistykę, jeżdżenie. Robienie pomaga jakoś ogarniać bezradność wobec przemijania. Wobec odchodzenia. Rozstawania się. Żegnania. Tracenia.

Może dlatego to zawsze jakiś sposób – dekorowanie, przystrajanie, zapełnianie nagrobków po ostatni centymetr palącym się światłem zniczy. Żeby mieć bezradności mniej. Bo jest wystarczająco trudna.

Gdy te wszystkie gesty, które były nam bliskie (lubiłam spacerować wieczorami po oświetlonym cmentarzu i lubiłam zapalać tylko po jednym zniczu na grobach), nie są dostępne, może udałoby się spojrzeć na więzi, jakie nas łączyły z tymi wszystkimi, którym składaliśmy wyrazy pamięci. Napisać list – do samych siebie – w którym opowiemy sobie, co znaczyli dla nas ci ludzie i ich historie. Za co jesteśmy im wdzięczni. Co było trudne. Co chcielibyśmy zachować, a z czym się w sobie rozstać, bo stało się w nas ciężarem. I może udałoby się nam po raz pierwszy przytulić samych siebie. A potem także i tych, którzy przeszli na drugi brzeg. Powiedzieć im parę słów z własnych głębin. Zapalić im symboliczne światło na stole, na kominku, w oknie, przed domem.

I może też moglibyśmy sprawdzić, jakie jeszcze w sobie nosimy straty, które odzywają się w codzienności i sprawiają, że nasze twarze tężeją i gdyby ktoś zrobił zdjęcie, uchwyciłby nas nieobecnymi i w cierpieniu. To taka dziwna jesień, że wiele spraw z naszego życia znikło, wiele możliwości ubyło, szykujemy się do zimy jak futrzaki, które potrzebują dobrego schronienia w sobie, by ją przetrwać. I naprawdę potrzebujemy sobie nawzajem w tym pomagać, bo to nie będzie całkiem proste zadanie.

Może przytulenie i światło mogłoby zajrzeć i w te miejsca straty, niepewności i smutku w nas. Żeby otuliły je promyki nadziei.

Bądźcie dobrzy dla siebie

m