Nasz 5,5-letni synek miał wczoraj intensywny dzień. Obejrzeliśmy rano film „Grinch” (wersja dla dzieci z 2018 roku), którego treść bardzo przeżył. Był ze mną na długim spacerze. Robił ze mną pierniczki.
Wieczorem zaczął płakać i krzyczeć, że musi dostać więcej prac do wykonania i zrobić je sam (pomagał nam przebierać pościel i chyba zrobił mniej niż chciał). Bardzo mną to potrząsnęło, ten jego płacz i złość. I gdy nic nie pomagało, zapytałam w końcu: „Czy Ty się boisz, że Mikołaj nie przyjdzie?”. Jego buzia wygięła się w podkówkę, a ramiona zaczęły trząść.
I zaczęłam myśleć, co poszło nie tak, że wymyślił sobie związek pomiędzy ilością pracy i Mikołajem. Może to, że mąż coś mu na początku grudnia przebąknął o „dobrych uczynkach”. A może gdy ja, zapytana, po co sprzątamy na Święta – odpowiedziałam, że jak Mikołaj przyjdzie do naszego domu, to się przewróci przez szpargały. A wiecie. Mikołaj w naszym domu nie jest narzędziem dyscypliny i chyba to dla nas, rodziców, jest bardzo jasne, że to nie fair, straszyć dziecko odrzuceniem. A jednak coś wyszło nie tak, jak miało. I w małym, wrażliwym sercu zadziało się zbyt wiele.
Może też Pawełek widział mnie. Jak przyspieszam. Jak któraś pralka leci, mimo że wesoło opowiadałam o tym, jak cudownie będzie pachnieć świeża pościel. I miałam poczucie, że sprzątam z wyboru, a nie z presji, bo przez wiele ostatnich lat zarzuciłam ideę świątecznych porządków, nie chcąc dokładać sobie do i tak czasu pełnego wyzwań.
Serce dziecka to wrażliwy termometr. Po nim widać, gdy jest za dużo. Ale ta dziecięca perspektywa pomaga także mi. Powiedzieć sobie, że nie muszę zasługiwać
🌲 sprzątaniem – na Święta
🌲 „dobrymi uczynkami” – na Boże Narodzenie
🌲 prezentami – na miłość bliskich
🌲 I nawet jeśli ileś Świąt w życiu kojarzyło się z egzaminem, napięciem, zdążaniem – to już nie muszę.
Może wokół mnie wirować cały świat wesołych świąt, a ja mogę wybrać bycie przy sobie i przy najbliższych.
Powiedziałam Pawełkowi, biorąc go w ramiona, że Mikołaj kocha dzieci i przychodzi do nich wszystkich, bo bardzo lubi sprawiać im radość. Na wypadek gdyby gdzieś słyszał, że jest inaczej.
Biorę siebie samą w ramiona i mówię: już dobrze. Włączam radio, przytulam myśli biegnące w trwodze, że zawalę i że się nie uda. Widzę tą dziewczynkę, słyszę bicie jej serca. Widzę jej przerażenie i zastygnięcie na wdechu. I opowiadam, że wszystko dobrze. Że razem popatrzymy na niebo i choinkę. Że wszystko, na czym jej zależy, będzie za darmo.
m
Od dwóch dni słuchamy z mężem wieczorami płyty ks. Grzywocza „Jak uprościć życie”. To takie nasze prywatne adwentowe rekolekcje. I on tam mówi o tym, że być ubogim, to rezygnować z rzeczy drugorzędnych, żeby móc zająć się tym, co istotne. Bardzo mnie to ostatnio prowadzi. Dużo tych „drugorzędnych” spraw woła mnie teraz i napędza i straszy i domaga się zrobienia. Napina. Rozprasza. Pogania. Terroryzuje. Trzymam się słów ks. Grzywocza jak tonący na oceanie. Bardzo bym chciała dopłynąć do Wigilii ze świadomością, że kochałam i zadbałam o to, co najistotniejsze.
Na mnie czekają cięgle jeszcze jego konferencje o zaufaniu 🙂 Jak prezent do rozpakowania.