A na zdjęciu poniżej – druga moja karta Dixit z ostatniego zjazdu szkoły coachingu (tę akurat wylosowałam), która opowiada mi o tym, czym towarzyszenie drugiemu człowiekowi nie jest. I myślę, że odnosi się tak samo do coachingu czy innych form wspierania (z całym zachowaniem właściwych im różnic), jak do wychowywania dzieci czy wspierania jakiejkolwiek zmiany.
Tu jedna postać góruje nad drugą, która „ma sobie poradzić”. Zadania i cele są z góry wyznaczone („co się powinno”, „co trzeba”, „co ma być”). Ponieważ to jest ważniejsze od żywego człowieka, nie wydarzy się tu żadna elastyczność. Tu nie dokona się żadne spotkanie z potrzebami – owo uzdrawiające pytanie: „Czego potrzebujesz, żeby…?”. Tu także nie istnieje relacja, od której towarzyszenie się zaczyna. Zamiast obecności, czyli daru bycia obok i patrzenia na świat z poziomu osoby przeżywającej jakąś trudność, jest „wiedzenie lepiej”, niekończące się „doradzanie”, udzielanie pouczeń, dawanie siebie za przykład i doping w stylu „postaraj się bardziej”, bo „chcieć to móc”. Czyli to, co odbiera nam wszelkie kruche dobre myśli od nas samych.
Te rzeczy, które opisałam, sprawiają coś dokładnie odwrotnego: przestajemy chcieć słuchać drugiego człowieka. Nie czujemy się przy nim bezpieczni. Nie potrafimy dostrzec, jak jesteśmy zasobni. Nie doświadczymy radości z robienia czegoś samemu.
Tak utrudzona jest ta maleńka postać na dole, wspinająca się po platformie. Tak opuszczona. Może dostała górnolotną listę kroków do wykonania i zadań domowych. I nic z tego nie wynika.
Jeśli szukacie inspiracji, jak wspierać rozwój – myślę, że może ją dać poprzedni obrazek [KLIK]. ?
#towarzyszenie #bliskodzieci #bliskodrugiego