Jeśli skleisz potłuczoną filiżankę klejem do porcelany, to potem przy każdym stuknięciu o blat uderzenie rozejdzie się najpierw tymi rysami. Nie znam dobrze tematu wytrzymałości materiałów, choć przez wiele lat zajmowałam się tłumaczeniami technicznymi podobnych zagadnień, ale wydaje mi się, że rzeczy pękają i rozlatują się wzdłuż złamań i pęknięć, które istniały tam już wcześniej. I że to naturalne, że tak się rozkładają siły i napięcia.
Mamy – każdy swoje – czułe punkty, rysy i spękania. I blizny o różnym stopniu zagojenia. Nie trzeba najczęściej młotka, wystarczy nieraz muśnięcie piórkiem, by ból siatkami neuronów leciał prosto gdzieś do tego miejsca w mózgu, które przechowuje najżywsze wspomnienia. I tę najtrudniejszą pamięć, z którą zrobienie czegokolwiek jest największym wyzwaniem – pamięć, jak się wtedy czułam/czułem, gdy działo się więcej, niż dało się unieść. I wszystko w człowieku kruszyło się jak potłuczona filiżanka. Na oceanie rozlanej herbaty. Rozlanej rozpaczy. Bezkresu przerażenia. Złości. Bólu. Wstrętu. Wstydu. Opuszczenia. … (można wstawić swoje).
To miejsca specjalnej troski. Szczególnego szacunku. Bycia przy sobie. Mało da walenie w nie tekstami: „Eee, to przewrażliwienie”. Skoro takie czułe miejsca w nas są, to tym bardziej potrzeba się nimi zająć – i sobą w nich. Choćby po to, by umieć potem sobie przeskalować: „To, co się dzieje teraz, nie jest tym strasznym, co się stało kiedyś”. Ale do tego jest potrzebne spojrzenie pełne współczucia i akceptacji dla swojego cierpienia. „Możesz się tak czuć, bo takie masz doświadczenie”.
Może wnosić smugi światła i ukojenia, gdy spróbujemy tak mówić do siebie i tak rozumieć drugiego człowieka.
m