„O trudnych rzeczach lepiej nie rozmawiać”, ktoś podzielił się ze mną niedawno taką dewizą. Zaprotestowałam.
Przypomina mi się pewna strategia naszego najmłodszeg synka, gdy był już starszym niemowlakiem. Przynoszony z kąpieli do łóżka – bawił się z nami w chowanego. Zabawa polegała na tym, że zakrywał sobie głowę ręcznikiem, a my pytaliśmy, gdzie jest nasz synek, bo nigdzie go nie ma. On majtał radośnie gołymi nogami, świecąc do świata gołą pupą, przekonany, że skoro on nikogo nie widzi, to wystarczy, by sam był niewidoczny.
Podobnie z trudnymi tematami. Nie rozmawiać o nich – to jedynie udawać, że ich nie ma, wierząc, że to, na co nie patrzymy, nie istnieje. Tymczasem rzecz wygląda zgoła odwrotnie.
Zdolność do mówienia o bolesnych sprawach wyraża i wzajemne zaufanie, i dojrzałość. Wymaga oczywiście wiele – empatycznego słuchania, formułowania myśli bez popadania w oskarżenia, przyjęcia emocji drugiego i zrozumienia ich. Bardziej, wydaje mi się, boimy się nie tyle rozmowy na tematy cięższego kalibru, ale braku tych umiejętności i w konsekwencji wzajemnego ranienia się.*
Brak rozmowy powoduje… rozmowę. Która przenosi się w rejony mało konstruktywne. Gdy nie da się rozmawiać z osobą, której problem dotyczy, dialog wyprowadza się na obrzeża. Żona, która nie potrafi rozmawiać z mężem, opowiada o nim i swoich problemach koleżankom czy nawet pierwszej kasjerce napotkanej w sklepie. Zespół, którego członkowie nie mogą wypowiedzieć się przed swoim szefem, prowadzi rozmowy w kuluarach albo wynosi problemy poza własną strukturę. Bo trudne sprawy domagają się zrozumienia, rozwiązania. Ostatecznie brak porozumienia i choćby prób spotkania się w tym, co sprawia szczególną trudność, doprowadza do rozpadu relacji.
Dawno, dawno temu, gdy do rany na przykład nogi wdawało się zakażenie, gotowano wrzątek, pacjentowi dawano do zagryzienia kij, a potem kończynę odcinano. Dziś rozwój medycyny pozwala na to, by znieczulać, operować i leczyć. Operacja – to szansa na wyzdrowienie. Podobnie rozmowa dorosłych ludzi. Jeśli nie zabraknie w niej taktu, delikatności i wielkiej uwagi skierowanej na drugiego, może działać uzdrawiająco.
Małgorzata Rybak
*jest moim wielkim marzeniem od długiego czasu napisać książkę o tym, jak to, kim jesteśmy, wpływa na to, jak rozmawiamy i jak chcielibyśmy rozmawiać. Mam nadzieję, że w perspektywie najbliższych lat uda się je spełnić, bo temat jest fascynujący i wykracza poza „techniki” komunikacji…