Dostrzeganie kogoś polega na czymś znacznie więcej niż na widzeniu peryferyjnym. To więcej niż rejestrowanie kątem oka i wrzucanie obrazu do szuflady ze stosowną etykietą, z przedawnionym zestawem informacji, z zatrzymaną stop-klatką, w której nic już nie weryfikujemy.
Siegel i Bryson w Potędze obecności opisują dostrzeganie trzema słowami, po polsku zaczynającymi się na literę „z”: dostrzegać to zobaczyć, zrozumieć i zareagować. Zobaczyć – to postarać się dowiedzieć, o co dzieciom chodzi, na głębokim poziomie emocjonalnego dostrojenia. Zrozumieć – to wyobrazić sobie ich wewnętrzny świat i związki, jakie w nim zachodzą. Zareagować – to podjąć działanie adekwatne do potrzeby dziecka, jaką odkrywamy.
Przyznam, że bardzo to do mnie przemawia – bo w końcu ostatecznie nie chodzi o to, czy wydaje się nam, że widzimy dzieci, tylko czy one mogą powiedzieć, że czują się widziane. Trochę jak z miłością – mało po niej zostaje, gdy człowiek obok nie czuje się w ogóle kochany. Zwłaszcza dotyka mnie kawałek o reagowaniu. Tylko wtedy ktoś drugi może poczuć się ważny, jeśli – gdy odsłoni swoją biedę, ciężar, trudność, pytanie – doczeka się reakcji.
Gdy czytam, jak złożony jest proces dostrzegania, myślę, że potrzeba na to wielu zasobów. I że trudno je mieć zwłaszcza teraz. I że dlatego to tak ważne, by owe trzy „z” praktykować także na sobie. Zobaczyć siebie, zrozumieć i zareagować. Może dostrzec własne zmęczenie i zwolnić, odpuścić, potraktować siebie łagodnie. Może zauważyć znużenie i wyjechać do lasu albo zapytać siebie, co chcę urozmaicić. Reagowanie na to, co o sobie odkrywam, brzmi dla mnie jak traktowanie siebie poważnie. Inaczej obojętniejemy – najpierw na siebie samych, a potem na resztę świata, bo brakuje nam sił.
Bądźcie dobrzy dla siebie ?
m