Na początku to tylko jedna mała śnieżka z jedną myślą. „Nie wyszło mi”. Do niej dokleja się druga. „Jak zwykle”. I kolejna. „To moja wina”. „Jestem beznadziejna”. „Jestem beznadziejny”. Z każdą następną kula staje się większa i większa. Znikąd ratunku. Aż przygniata z wielką siłą. Jak lawina, spod której nie widać kawałka żywego ciała.
Wierzę, że to moment, że właśnie jego trzeba poszukać najpierw – ciała – po to, by móc odsypać resztę. Najpierw zaczerpnąć oddech, by się to ciało nie udusiło bez tchu. A najlepiej kilka oddechów. Zatrzymać się. Poczuć w ciele swój smutek, złość i lęk. Zobaczyć opuszczone ramiona, zaciśniętą przeponę. Pozwolić łzom, by opowiedziały, jak to smutno myśleć, że jest się do niczego. I jak to strasznie słuchać tych wszystkich żołnierskich słów, maszerujących we własnej głowie.
W takich chwilach, gdy własne monologi bezprzykładnie odbierają mi nadzieję, przypominam sobie, że gdy taka ścieżka dźwiękowa przejmuje wewnętrzne głośniki, prawdopodobnie wydarzyło się coś dla mnie bardzo trudnego. I zaczynam od: jest mi trudno. I opowiadam sobie to wszystko. Jak mi jest. Dlaczego. I co się stało. Co czuję. Jakie potrzeby zostały zawiedzione. A potem próbuję uchwycić, czego potrzebuję teraz. Za każdym razem potrzebuję dobroci, a nie kary.
Nie widziałam jeszcze dziecka, któremu by coś wyszło, bo ktoś na nie nakrzyczał.
Wobec siebie samej / siebie samego także mocna kucnąć, jak przy maluchu, który płacze. Wysłuchać. Utulić. Powiedzieć, że z nim jesteśmy. I że zaradzimy i temu nieszczęściu razem, i wszystko będzie dobrze.
Bądźcie dobrzy dla siebie
m
Święte słowa!
Tak bym chciała, żeby taka mądrość znalazła szeroki i głęboki odbiór. W rodzinach, szkołach. W sobie…
oj, a mnie strona przestała informować o komentarzach i dopiero teraz widzę… Dziękuję Justynko, podzielam Twoją tęsknotę!