Weekend upływał nam, obok naszych spraw, w cieniu wydarzeń na Nanga Parbat. Z wielkim przejęciem śledziłam losy akcji ratunkowej Tomasza Mackiewicza i Elisabeth Revol i w nocy budziło mnie mnóstwo pytań. Jak to jest być samemu tam, u góry. Jak to jest być kilkaset metrów niżej. I jak to jest iść na ratunek. Z dołu wszystko wydawało się początkowo proste: poleci śmigło, zabierze ludzi, wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie. I z każdą godziną obraz się urealniał, sytuacja pokazywała, że to nie film z rolami głównymi. I że dzięki możliwościom współczesnej technologii, stajemy się nagle bezsilnymi świadkami czyjegoś umierania, czyjejś walki o przetrwanie, wyścigu z czasem i dramatycznych decyzji.
Nie przeczytałam chyba jeszcze nigdy w tak krótkim czasie tyle o górach i życiorysach tych, którzy w nie wychodzą. Ale uwagę moją zwróciło coś, czego początkowo nie mogłam zrozumieć: gdy dla samotnego i umierającego Tomka zaczynała się noc na mrozie, jaki trudno sobie wyobrazić, leżąc pod ciepłą kołdrą – w sieci płynęły komentarze. Z których część mówiła mniej więcej tyle, że dobrze mu tak i jak głupi, to polazł.
Z pewnością wiele komisji zbada przyczyny tragedii. Jestem jednak pewna, że wyrażanie tak cynicznych sądów, gdy tragedia wydarza się na naszych oczach, jest podszyte nie tylko „rozsądkiem”, ale także strachem przed cierpieniem. Chcemy, ogromnie chcemy sobie wytłumaczyć, że ono nie dotyka ludzi, którzy są ok, zabezpieczyli się i wszystko przewidzieli. Wielu jest takich, którzy potrzebują jak tlenu prowizorki wiary w świat, w którym „nas nic złego nie spotka, bo jesteśmy w porządku”, a jeśli spotyka „ich”, to musiał być jakiś ku temu powód. Zracjonalizowanie tragedii do sumy przyczyn i skutków pomaga odciąć empatię. Bo ta każe nam cierpieć z drugim nawet jeśli nie potrafimy wskazać sensu tego cierpienia.
Oglądaliśmy z mężem film, w którym jednym z motywów był trąd – i pomyślałam, że nikt nie troszczył się ludzkie warunki dla trędowatych, ponieważ społeczności i starszyzna tłumaczyły, że ich sytuacja jest „karą za grzechy”. A skoro cierpienie wynika z „kary boskiej”, to nasze ręce, nieskłonne do pomocy, są czyste. Społeczeństwa od zawsze potrzebowały kozła ofiarnego. Dosłownie i historycznie, we wczesnym judaizmie był to kozioł, nad którym kapłani wypowiadali winy całego ludu, a następnie ktoś zabierał go na pustynię i strącał w przepaść. Symbolicznie – każda grupa w obliczu kryzysu szuka ofiary, której można przypisać winę za zaistniały stan rzeczy i wykluczyć ją spośród siebie.
I tak to przyjmuję: ten szokujący brak empatii, wyzwiska, hejt, pod adresem człowieka, o którym nic nie wiemy, którego motywów działań – nie znamy, a historii życia nie byliśmy świadkami. Tak przyjmuję wstrząsającą nieadekwatność wyroku („sam sobie jest winny”) do sytuacji samotnego umierania z dala od najbliższych, którym nie można przekazać ostatniego słowa.
Myślę, że Tomek wierzył, że mu się uda. Myślę, że te wszystkie racjonalizacje, które paradoksalnie są bardzo zbieżne z koncepcją „kary boskiej” – bo w obu przypadkach każdą tragedię można przypisać ludzkiej winie – wynikają z braku zdolności do zmierzenia się z tajemnicą cierpienia. Wobec której uzasadniony wydaje się tylko odruch ubrania butów, spakowania plecaków i decyzji o podjęciu próby ratunku, nie zaś szukania winnego. Przejścia kilometrów, wzięcia na siebie ryzyka wyjścia do drugiego człowieka. Solidarności, która nie przypisuje sobie prawa osądu, gdy liczy się człowiek.
Małgorzata Rybak
Źródło obrazka – TU
Dziękuję za te słowa. Może niektórzy pomyślą …
Ewa/Moniś 🙂 dziękuję za „dziękuję”… Serio to myślę że ci, co nie myślą, i tak nie pomyślą 🙁
Jestem wielką fanką gór i ich zdobywania, choć nie za wszelką cenę… Nie popieram fali hejtu, jednak wiele z tych wypowiedzi podszytych „strachem przed cierpieniem” rozumiem. Dlatego to że ktoś został w ten weekend pod kocem w domu, nie oznacza, że nie myśli. Po prostu myśli innymi priorytetami.
Myślenie typu – „kiedy jestem ok, to nic mi się nie stanie”, jest jak dla mnie przejawem … wiary w Opatrzność. Tak to rozumiem, że kiedy ja staram się zachować maksymalną ostrożność, to i Bóg jest mnie w stanie ochronić. Staram się nie narażać siebie i rodziny na ryzyko, myśląc naiwnie, że w razie czego Opatrzność czuwa. Tak to bowiem nie działa. Ludzie (nie wiem, dlaczego wszyscy zostali wrzuceni do grupy „hejterzy”) zapewne w takiej chwili myślą o rodzinie Człowieka, który naraził ich na taką stratę. Ale też można pomyśleć o dzieciach chorych bez własnej winy na raka, na których leczenie rząd pieniędzy nie da, a daje na akcję ratowniczą dla osób, które dokonały wyboru. Podkreślmy dokonały wyboru brawury, bo tak należy określić zimową wspinaczkę stylem sportowym bez tlenu i szerpów, jednocześnie ignorując braki w swoich możliwościach. Wybór ten dotyka jednak nie tylko wybierającego, ale i partnerkę życiową, dzieci, rodziców, rodzeństwo… Kiedy Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu – pasja i rodzina nie rywalizują.
Polecam wszystkie zwrotki (jest ich 9 – doskonale tu pasują), ale jedną zacytuję:
1.Kto się w opiekę odda Panu Swemu,
A całym sercem szczerze ufa Jemu,
Śmiele rzec może: Mam obrońcę Boga,
Nie przyjdzie na mnie żadna straszna trwoga.
PS. Dlaczego Bloger, który ma zapędy na Coacha nie wierzy, że ci co nie myślą i tak nie pomyślą? To po co pisać? Dla tych którzy i tak rozumieją?
Witaj Asiu, dziękuję za komentarz. Rozumiem o czym piszesz – o odpowiedzialności za siebie i bliskich – tym bardziej, że też mam rodzinę. To, czego nie rozumiem, to że w momencie gdy ważą się losy człowieka, ludzie podejmują się osądu nad jego życiem – co nawet trudno nazwać czymś „niestosownym”. To albo szczyty cynizmu, albo faryzejska świętość. Nie wiem, jak to jest być heroinistą wychodzącym z nałogu i jakie obciążenia za tym stoją. Chcę wierzyć, że Tomek walczył o jak najlepsze życie i najlepszego siebie samego tak, jak potrafił. Może nawet potrafił lepiej niż jego właśni rodzice, od których uciekł na ulicę. Pewnie wielu rzeczy nie umiał – czy moment, w którym ktoś tragicznie umiera, jest dobry na analizę i sąd skazujący nad jego życiem? Kto ma do tego prawo?
Wiadomo, że wyprawa była utrzymana w stylu wielkiego ryzyka i można było wielu rzeczy uniknąć – ale nadal wierzę, że ten człowiek zrobił to najlepiej, jak umiał i jak było go stać.
Co do związku naszych działań z cierpieniem – rozsądek nam pomaga nie narażać życia. Jednakże wiele rzeczy wydarza się poza nim. W grudniu dostaliśmy wiadomość, że tata czwórki dzieci uległ wypadkowi – na budowie, gdzie był obecny jako tłumacz, spadła mu na plecy rura, która przerwała rdzeń kręgowy. Został sparaliżowany. Czy mógł coś zrobić lepiej? Był zaangażowany w Kościele, należał do wspólnoty rodzin, na pewno ufał Panu Bogu. Co mogła zrobić lepiej mama dziewczynki, na którą w Kłodzku rzucił się szaleniec z siekierą? Jestem zwolenniczką świata, w którym potrafimy odłożyć na bok osąd, a już z pewnością nie posługiwać się orężem inkwizytorów, jakim była „wola Boża”.
Nie jestem bloggerem ani coachem – od wielu lat piszę, napisałam książkę i pracuję nad kolejnymi; pracuję także jako trener – to znaczy osoba, która projektuje i prowadzi warsztaty. Nie jestem w żadnym względzie „guru” i nie stylizuję się na taką osobę. Moim głównym zajęciem jest tworzenie własnego życia – także najlepiej jak potrafię i tak, jak nie potrafię. W ostatnim roku, pełnym ogromnie trudnych doświadczeń, właściwie każdy dzień, który udaje się przezyć, jest zwycięstwem. Dzielę się na blogu tym, co w moim odczuciu może pomagać (pomaga mi) budować świat lepszych relacji.
Portal Aleteia, z którym współpracuję na stałe, podał w czasie swojej kampanii walki z hejtem w sieci wyniki badań, które dowodzą, że nikt nie zmienia swoich poglądów na skutek czyjegoś komentarza w sieci. Pod wpływem tekstu – myślę, że też nie. Czytają ci, którzy odnajdują jakąś wspólnotę przekonań.
Dziękuję Ci Asiu, za komentarz – dzięki niemu mogłam jeszcze raz sformułować swoją misję i jeszcze raz przekonać się, że dobrze mi z nią 🙂 Podobnie jak z wizją świata opartego na empatii…
Tę książkę mam i czytam na raty 😉
Oo, cieszę się! Napisałam do Ciebie maila. 🙂