W środku i na zewnątrz

W środku i na zewnątrz

Gdy wracałam z maleńkiej plaży w zielonogórskiej dziczy, od której zaczynaliśmy tegoroczne zanurzenie w lato, wracała z tej plaży także młoda mama z bardzo małym dzieckiem. Dziecko nie umiało jeszcze wiele mówić, ale znało słowo „nie” i umiało także płakać. Myślę, że nieznajomość słów utrudniała mu negocjacje, za to im bardziej jego mama mówiła: „Idziemy!”, tym głośniej i bardziej rozpaczliwie ono płakało. Płakało wniebogłosy, ciągnięte za rękę po drewnianym podeście prowadzącym z plaży do domków letniskowych.

W moim ciele jego płacz rozlegał się głębokim echem. Napięciem wszystkich mięśni, bólem jelit, przyspieszonym oddechem i wzmożonym ciśnieniem. Spociłam się aż, zalana współczuciem i niezgodą, że w takim cierpieniu są oboje, że to wszystko przecież nie tak. Zapewne pociła się także ta mama, myśląc, co inni ludzie myślą, i żałuję, że nie było tam ekranu, na którym mogłabym jej wyświetlić swoje myśli. Życzliwe, współczujące, kierujące uwagę na malucha, zapraszające do zrobienia czegoś inaczej, żeby im obojgu było łatwiej.

Uderza mnie podobieństwo tej sytuacji do tego, co opisała Natalia de Barbaro w „Czułej Przewodniczce”, która jeździła ze mną na wakacje wszędzie: „(…) widzę matkę, która ciągnie po ulicy swoje małe, ledwo chodzące dziecko; idzie za szybko dla niego, dziecko płacze, ale matka gna przed siebie, nie odwracając wzroku, 'cicho bądź, zamknij się w końcu!’ rzuca wściekła. 'Ja chcę jeść! Ja chcę pić! Ja chcę odpocząć!’ woła dziecko, jeśli umie już mówić. 'Spieszymy się!’ warczy matka i dalej gna.

Czy w twoim wewnętrznym krajobrazie rozgrywały się takie sceny? W moim – na pewno tak, ale kiedy to piszę, czuję ogromną determinację, żeby sobie więcej tego nie robić”.

Nie wiem jak Tobie, ale mi jest znane podkręcanie tempa wtedy, gdy bardzo potrzeba by było się zatrzymać. Zwiększanie oczekiwań od siebie odwrotnie proporcjonalnie do przeżywanych w ciele i uczuciach możliwości. Dowalanie sobie, im bardziej w środku rozgrywa się rozpacz. Ciągle bywa, że się zapominam. Że działam wobec siebie tak, jak mnie życie z obecnymi w nim w różnych momentach ludźmi nauczyło: szorstko. Szybko. Niewrażliwie. Bo co inni powiedzą. Co powie mój wewnętrzny sędzia, który przebiera się za sumienie, choć niczego ludzkiego w nim nie ma.

Początek września to taki moment, że wiele małych dzieci płacze. Lata komuny nam wmówiły, że to nic nie szkodzi. Popłaczą i przestaną. Dlatego wielu rodziców także zwiększa tempo. Myślą, że tak trzeba. Żeby kiedyś sobie w życiu poradziły.

Ale może właśnie ma największy sens zwalniać tam, gdzie ta nieczuła część woła, żeby przyspieszyć. Uwrażliwić się tam, gdzie obracająca się w kamień część mówi, że to nic takiego. Przytulać. Słuchać. Być. Tam, gdzie inny głos mówi, żeby się nie cackać.

Zwalniać, kucać, odkładać świętą listę tasków na trawie, żeby kiedyś ci mali ludzie nie wlekli w sobie płaczących, bezsilnych części w wielkim wyścigu życia. Ale by umieli znaleźć swoje tempo. Tempo, które pozwala się rozwijać, ale które nie zabija.

Bądźcie dobrzy dla siebie 💚

M

Fot. Elijah Biett/Unsplash