Z pogruchotanym środkiem trudno to wiedzieć – że jestem perłą, że jestem unikatem, że nie ma drugiego takiego egzemplarza.
Gdy środek jest pogruchotany, w tych gruzach ktoś bardzo mały i opuszczony w nas cierpi i czeka, by go znaleźć.
Wysyła do świata pytanie: „Czy skoro tak doświadczyłem/doświadczyłam, to da się jeszcze mnie kochać?”.
Jednocześnie jakieś sitko pracowicie odcedza wszystkie dowody na „tak” i zostawia tylko te na „nie”.
Wracam po dziecko we mnie, ratuję je z gruzów.
Z powodzi złych myśli o sobie.
Zabieram w miejsce, gdzie ciepło i sucho.
Przytulam, robię kąpiel z pianką i piszczącą kaczuszką, a co tam, z dziesięcioma kaczuszkami.
Zawijam w miękki ręcznik, taki co nie ma ani jednej drapiącej nitki.
Czeszę splątane włosy tak delikatnie, jak się da, i mówię: „Moje śliczne, kochane dziecko”.
„Kocham Cię jak stąd do księżyca”.
Smażę na kolację naleśniki.
Kołyszę, śpiewam.
Żeby ta mała, która nie wie, czy jest kochana, mogła to poczuć i się w tym rozgościć.
Na zdjęciu: wiersz Rupi Kaur z tomiku „dom ciało”