Przysłuchiwałam się ostatnio relacjom online, podsumowującym dni Campu zimowego – kilkudniowego wydarzenia dla rodziców z dziećmi, współorganizowanego w Puszczy Kampinoskiej przez warszawskie Bliskie Miejsce. Jego tematem była „równowaga”, która, jak odkrywali to uczestnicy, ma w sobie niewiele z inercji, bezruchu. Bardzo dotknęło mnie stwierdzenie, że wiele o naszej sytuacji mówi wdech i wydech. Tak zostaliśmy pomyślani, że jedno i drugie jest potrzebne, by człowiek mógł po prostu żyć. Wdech można porównać do tych sytuacji, gdy potrzebujemy skupienia na sobie samych, wydech – do naszego otwierania się na innych. Czasem potrzebne jest poświęcenie uwagi sobie, a czasami skupienie na prostych rzeczach, jak umycie dla kogoś kubka, ratuje przed utknięciem we własnych sprawach, które nas obciążają wewnętrznie.
Ogromnie podoba mi się ta metafora, dlatego, że jest tak uczciwa i bliska prawdy o tym, kim jesteśmy i co możemy jako ludzie. Naprawdę nie wierzę, że „możesz wszystko, co chcesz” albo że „ograniczenia istnieją tylko w twojej głowie”. Przeciwnie, przeraża mnie, ile takie stwierdzenia mogą czynić szkody i w jakie poczucie winy wpędzać. Żeby żyć, potrzebujesz wdechu i wydechu. Z tego wypływają naturalne możliwości i także ograniczenia. Również w tym, że ileś możesz oddać, a ileś potrzebujesz przyjąć, by nie doznać zapaści.
Gdy rodzi się dziecko, wszyscy obecni czekają na pierwszy oddech, pierwszy okrzyk. Byłoby to jakieś niesprawiedliwe, gdyby potem nagle okazywało się, że reszta życia musi się odbywać na wydechu. Na końcu tej drogi czeka tylko hipowentylacja – i związane z nią halucynacje, najczęściej w formie fantazji wielkościowych – ile to ja jestem w stanie zdziałać! (i o ile więcej niż zwykli śmiertelnicy, spośród których los mnie wyróżnił).
„Wdech” to zbawienny kontakt z samym sobą, dzięki któremu orientujesz się, co u ciebie słychać, zanim wynikną z tego kłopoty. Zanim wykrzyczysz innym swoje zmęczenie i frustrację. Zanim dostrzeżesz, że już nie masz na nic siły. Wdech ratuje przed przeciążeniem „bycia dla”, w którym można zgubić siebie – w byciu dla firmy, dla idei, dla znajomych, dla rodziny, gdy ważne sprawy i potrzeby leżą wielkim odłogiem i czekają na wiosnę (spodziewaną za jakieś czterdzieści lat). Wydech – pozwala budować więzi, dzielić się talentami, zauważyć czyjś smutek, lęk, zmęczenie. Być blisko drugiego, opiekować się dziećmi.
Ktoś, kto pamięta, że do wydechu potrzebny jest też wdech – uszanuje to prawo i w sobie, i w drugim, który przysiadł na fotelu poczytać gazetę albo pogrzebać w telefonie. Kto potrzebuje spędzić wieczór w łóżku po Dniu-W-Którym-Nic-Nie-Wyszło albo przepłynąć pięćdziesiąt basenów.
M
No tak, i pozostając w tej metaforyce oddechu: pierwszy zawsze jest wdech a dopiero potem wydech! – najpierw musisz się naładować sam, żeby dać coś drugiemu, bo z pustego to i Salomon… – to dla nas kobiet jest często bardzo trudne do zrozumienia.
Dziękuję za cenne spostrzeżenie!
Dziękuje! Bardzo trafne i fajne porównanie! Łatwe do zapamiętania!
Pozdrawiam na wydechu tuż przed kolejnym wdechem…?
Dobrego wdychania 🙂