Jedno i drugie. Dwie części obrazu, które pozwalają na to, by budować więź. Jakąkolwiek więź, która karmi, daje życie i schodzi na głębiny.
„Widzę tylko siebie” – wprowadza do relacji ten rodzaj nierównowagi, że dla drugiego nie ma już miejsca. Jesteś nieważny. Liczą się moje potrzeby. Jeśli kosztem ciebie sięgnę po ich zaspokojenie, to nic nie szkodzi.
„Widzę tylko ciebie” – przechyla huśtawkę niebezpiecznie w drugą stronę, uniemożliwiając równowagę. Wdech i wydech. Gdy widzę tylko innych, żyję na wydechu. Mam gotowość zrobić wszystko, by zatroszczyć się o drugiego. Także kosztem siebie. Kosztem wyrażenia siebie. Zgłoszenia, że z czymś mi trudno. Możliwości opowiedzenia o swoim własnym bólu i swoich własnych potrzebach. Kosztem swoich granic.
Różne mogą być motywy jednego i drugiego. Podejrzewam, że może takim motywem być na przykład ból, którego istnienie chciałoby się zapomnieć. Kiedy widzę tylko siebie, walczę o przetrwanie w świecie wiecznej rywalizacji, bo myślę, że właśnie to mi jest potrzebne, by ocalić własne ego. „Jak nie zawalczysz o siebie, to nic w życiu nie dostaniesz!” Kiedy widzę tylko ciebie – o co zabiegam? Żeby mieć poczucie, że jestem ok, bo zauważanie siebie i branie siebie pod uwagę jest „złe”? Zabiegam o to, żebyś sobie nie poszła, nie poszedł?
W obu skrajnościach doświadczenie bliskości z drugim człowiekiem staje się niemożliwe.
Bardzo porusza mnie to Rosenbergowe „widzę ciebie i widzę siebie”. To droga uczciwości, pokornej akceptacji, że obraz jest złożony i że my tacy jesteśmy. To droga uważnego brania pod uwagę drugiego człowieka i obdarzania uważnością siebie. By to, co żywe, w nas ocalało i by nasza wzajemna więź czerpała z tego życie.
m
Fot. Fred Moon / Unsplash