Więzi zamiast relacji

Więzi zamiast relacji

Przyszła pora na zmiany na stronie.

Zmiany dojrzewały powoli, razem z autorką.

Tytuł „o relacjach w domu i w pracy” przestał dla mnie oddawać istotę tego, kim jesteśmy i czego potrzebujemy do życia: więzi. Słowo „relacja” ma zbyt wiele znaczeń. Etymologicznie oznacza tyle, co zdanie sprawy o czymś. Świetnie funkcjonuje w matematyce i fizyce. Na dobre zadomowiło się w dyplomacji. Mamy „relacje obustronne”, „relacje międzynarodowe”, „relację państwo-Kościół” i wiele innych. W świecie pozaurzędowym opisuje coś, co wydarza się między ludźmi, ale nieszczególnie oznacza zaangażowanie. Relacja to coś, co można zacząć i skończyć. Trochę kojarzy się z rachunkowością i systemem zabezpieczeń.

Zwróciło bardzo moją uwagę, że ks. Krzysztof Grzywocz, orędownik człowieczeństwa zintegrowanego i dojrzewającego na wszystkich płaszczyznach (który zaginął w Alpach w sierpniu 2017 roku), zasadniczo opowiada o więziach, nie relacjach. Wydaje mi się to bardzo adekwatne, gdy brać pod uwagę wszystkie konsekwencje poznawania drugiego człowieka i bycia z nim: odpowiedzialności „za to, co oswoiłeś”, długofalowości, odwagi zaangażowania bez zliczania bilansu zysków i strat.

Często mówi się też o „pracy nad relacją”. Może jestem szczególnym przypadkiem, który swego czasu w temat pracy nad relacją włożył zbyt wiele myśli i wysiłku, ale po latach widzę ogromną ograniczoność tego wyrażenia. Po pierwsze, zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że pod hasłem „pracy nad relacją” będzie się kryło tak naprawdę wywieranie presji na drugiego człowieka, by robił to, czego ja oczekuję i w co wierzę (a wtedy, w domyśle, nasza relacja będzie się rozwijać). Po drugie, praca nad relacją może ją, za przeproszeniem, zarżnąć. Jeśli jakaś praca ma sens, to ta wykonywana nad sobą samym. Choć i tu potrzebna jest mądrość: czasem zamiast kolejnego postanowienia i pracy potrzebne jest przejście innej drogi – na przykład lepszego poznania siebie w więzi terapeutycznej. Czasem uzdrowienie relacji do samego siebie.

Inaczej jest z więziami. Nad więziami nie wystarczy pracować – one potrzebują i mogą dojrzewać. Choć z mężem zastanawialiśmy się, że może bardziej jeszcze chodzi o dojrzewanie osób. Po to, by małżeństwo czy rodzicielstwo stawało się miejscem bezpiecznych więzi, potrzebne jest własne dojrzewanie – męża, żony, rodziców. Potrzebuje ono czasu. Potrzebuje szacunku dla procesów, jakie w nas zachodzą, uwagi i cierpliwości, niekoniecznie zaś „strategii” i patentów na to, by w pięć minut mieć małżeństwo z bajki.

Także poza domem jesteśmy zanurzeni w więzi z innymi. O nie można dbać. Troska o „relacje” kojarzy mi się bardziej ze zbieraniem ich na zapas, bo kiedyś twoje kontakty albo ty sam możesz mi się przydać – w świecie, który generalnie pozostaje miejscem bez zobowiązań (żeby naszej „świętej wolności” nic „nie uwiązało”).

Żeby możliwa była bliskość, potrzebna jest też odległość – dlatego te dwa słowa znalazły się w nagłówku. Dojrzała więź pozostawia wiele wolności: dla tego, kim jesteś, jakie jest twoje tempo rozwoju, marzenia i potrzeby. Nie oznacza zapchania tobą moich własnych potrzeb, zdominowania ciebie, budowania relacji na moich zasadach. Prawdziwe więzi wydarzają się z poszanowaniem granic każdej z osób.

Do zobaczenia w nowej odsłonie

Małgorzata Rybak

PS. Z dobrych wieści – dziś rusza druk książki „Wygrane małżeństwo. Jak ochronić miłość” 🙂