Współodczuwanie

Współodczuwanie

Zobaczyłam wczoraj w sieci zdjęcie papieża Franciszka w szpitalnym pokoju, przed którym klęczy dorosły mężczyzna, najwyraźniej pacjent, całkowicie wtulony w niego. Franciszek, odwzajemnia całym sobą to przytulenie, jakby wokół nie było nikogo z personelu medycznego. Ta chwila staje się ogromnie intymna, mimo że można się domyślać, że spotkanie jest częścią jakiejś bardziej oficjalnej wizyty.

Poruszyło mnie to zdjęcie do szpiku kości. Pisałam na początku Wielkiego Postu, że jeśli jest jakaś postawa, która jest dla mnie szczególnie ważna, to „czuła obecność”. Dziś dodałabym, że w ogóle sensem istnienia, jaki dla siebie samej odkrywam, staje się dla mnie od dłuższego już czasu właśnie współodczuwanie. To empatia odsłoniła dla mnie takie ścieżki porozumienia, które były nie do wypracowania metodą ćwiczeń, kroków, strategii i praktyk, mających na celu jakieś szeroko pojęte „bycie dla innych lepszą”. Oderwane od więzi, skupione na pomnażaniu własnej doskonałości – nie miały we mnie mocy sprawczej, a wręcz odsłaniały przepaści własnej biedy i niezdolności kochania innych w praktyce dnia codziennego.

Współodczuwanie – to najpierw stanięcie przy drugim człowieku bez oceny i bez oczekiwań. Dalej, to próba zajrzenia do jego świata, zrozumienia jego historii, poczucia jego własnego bólu, jaki w sobie nosi. Empatia pozwala na zrozumienie człowieka, który się wścieka albo w naszym odczuciu nie daje nam tego, czego byśmy potrzebowali. W życiu rodzinnym to empatia odrywa mnie od przypisywania innym intencji działania – z empatią wiem, że na przykład mąż, który idzie spać, gdy ja chciałabym pogadać, próbuje rozpaczliwie zatroszczyć się o jakąś fundamentalną potrzebę, jaka przy stylu życia i obecnych wyzwaniach naszej pięcioosobowej rodziny jest dla niego sposobem ocalenia zdrowia fizycznego i psychicznego. Pozwala mi rozumieć stres, jaki przeżywa w pracy. Empatia pomaga mi widzieć także zachowania dzieci w kluczu ich ważnych potrzeb, nie zaś jako wynikające z chęci zrobienia rodzicom na złość. Ona też pozwala mi poczuć w sobie, jak czuje się człowiek, choćby najmłodszy, na którego się krzyczy, którego się torpeduje oskarżeniami i pretensjami, któremu nie dotrzymuje się obietnicy.

Nie, współodczuwanie nie jest pozwalaniem wszystkim na wszystko, ale jest mostem porozumienia, które pozwala szukać lepszych rozwiązań. I czymś bardzo ważnym dla przeżycia stosunku do samej siebie. Dziś wtorek, dzień z JA+JA na blogu – pozwólcie, że wrócę do tego JA+JA, które wynika z empatii, nietypowo jutro.

Tymczasem – dobrego dnia. 🙂

Małgorzata Rybak

[źródło zdjęcia – Facebook]

2 komentarzy

  1. J.J.

    Wielkie Serducho dla Ciebie. Współodczuwanie jest jednak uwarunkowane tym, czy odczuwający przekazuje, co rzeczywiście odczuwa. W dobie powszechnej znieczulicy ludzie raczej to ukrywają, dlatego tak trudno współodczuwać, kiedy trzeba się najpierw domyślić tej prawdy… No może w rodzinie jest łatwiej, zwłaszcza z dziećmi.

    1. Małgorzata Rybak

      Wydaje mi się, że warto Asiu to, co piszesz, przełożyć na własne doświadczenie komunikowania siebie światu. Często łatwiej rozmawiać z drugim człowiekiem językiem bezosobowej pretensji, niż odsłaniać te kruche i bezbronne części siebie. Dlaczego? Może to bezpieczniejsze rozwiązanie, jeśli tyle razy się już oberwało?

      Dlatego to, co mnie tak ujmuje w empatii – to brak oceny. Zakładam, że jest w drugim człowieku jakaś historia, której może nie umieć odsłonić. I dlatego tak fascynuje mnie próba porozumienia na poziomie docierania do potrzeb drugiego zamiast dyskusji z powierzchownością (często opryskliwą, trudną)…

Komentarze są zamknięte.