Jeśli kobieta nie znajdzie małej dziewczynki w sobie, będzie uciekać przed bólem.
W pracę, w robienie, w udowadnianie światu, że jest.
W nałogowe zajmowanie się innymi (w których umieszcza swoje własne potrzeby) albo w egoizm ciasny jak szafa, w której nie zmieści się sto pięćdziesiąta sukienka.
W pozwalanie dzieciom na wszystko – by nie przeżyły nigdy żadnej frustracji, bo jej życie było tak pełne cierpienia – albo w autorytarny chów, w nadziei, że gdy własny ból poda dalej, to jakoś zostanie on uczczony.
Jeśli mała dziewczynka nie miała do kogo przytulić policzka i przy kim zapaść w pocieszający i pełen akceptacji sen, nieznanym lądem będzie odpoczynek i zrelaksowanie. A jeśli musiała od małego grać w grę opiekowania się emocjami własnej mamy, jej frustracją i zmęczeniem – zapomina, czym jest zabawa.
Żeby w dorosłości mogła rozgościć się we własnym życiu, a dla dzieci stać się ostoją ukojenia, potrzebuje spotkać małą dziewczynkę w sobie. Tą biedną, i tą samotną, i tą dziką i szaloną, z wielkimi marzeniami.
Potrzebuje każdą dziecięcą wersję siebie wziąć w ramiona i powitać. Podrzucić aż do nieba i pohuśtać w hamaku. Poleżeć w nimi w trawie i potańczyć. Powiedzieć: dzisiaj rzucamy wszystko i jedziemy do lasu. Kupić im lody bez okazji albo wziąć do muzeum, gdzie można dotknąć każdego obrazu. Zaprowadzić w miejsca, gdzie zostaną nakarmione. Miłością, uwagą, czasem, troską.
Małgosia
Fot. Bahareh Bisheh, irańska artystka fotograf, która w 2012 roku sfotografowała swoją małą kuzynkę. Ogromnie lubię to zdjęcie, dlatego co jakiś czas po nie znowu sięgam.