Wychodząc ku światłu

Wychodząc ku światłu

Nie wiem, czy to już tak będzie, że początek każdego kursu online będzie się zbiegał u mnie z chorobą (mam nadzieję, że nie!), ale tak było i tym razem. Z końcem stycznia ściął nas koronawirus. Dopiero w ostatni czwartek po raz pierwszy wyszłam z domu, zakańczając izolację po prawie trzech tygodniach. Bardzo poznałam, czym jest „widzenie tunelowe”, gdy jest trudno i wydaje się, że zawsze tak już będzie. I że trudno także sobie przypomnieć, czym jest dobrostan, jak go dłużej brakuje.

Gdy ma się pięcioosobową rodzinę (która akurat też przechodzi covid) i własną działalność gospodarczą, chorowanie jest równie łatwe jak chemia fizyczna. Dlatego przy pierwszych symptomach oblał mnie pot wynikający nie tylko z gorączki. Równie podnoszący na duchu był przelew z ZUS-u z zasiłkiem chorobowym za grudzień – opiewający na 32 zł (słownie: trzydzieści dwa)!

Chorowanie polegało więc na łączeniu troski o bliskich i tej części spraw zawodowych, których nie dało się przełożyć, z chwilami odpoczynku i zdrowienia. Odpuszczania tego, co się da. Mierzenia się z tym, czego nie da się odpuścić. Widzenia siebie w tym trudzie, w niemocy. W tym, że chciałabym, żeby było inaczej, łatwiej. Tęsknego spoglądania przez okno na słońce (chore zatoki, które były powikłaniem po covidzie u mnie, nie znoszą zmian temperatury).

Pomógł mi mój fizjoterapeuta, który napisał mi, że rozumie i też tak doświadcza, że rzeczy, do których nie docieramy, się nawarstwiają, „ale chyba swoje trzeba wyleżeć?”. No i pomyślałam, że tak, że pewnie mam jakieś „swoje” – swoją własną miarę, która jest żywa i namacalna, i nie ma co jej przykładać do idealizacji zapisanych w kalendarzu.

Jestem wdzięczna moim rodzicom i wszystkim aniołom, którzy nam podrzucali zakupy, obiadowe dania i zakupy z apteki. Doceniłam fakt istnienia teleporad. Myślę z szacunkiem o własnym ciele, które pokazuje mi, że mogę mniej, niż myślę. I że nie warto się u niego zadłużać. Zamiast tego pytać, czy mogę zrobić mniej. Czy da się stać w kuchni krócej. Czy naprawdę trzeba to prać. Czy potrzebuję aż tak się martwić o rzeczy, na które nie mam wpływu.

Na kursie o poczuciu własnej wartości poprosiłam w tym tygodniu uczestników o napisanie listu od własnego ciała do nich.

Sama także zrobiłam to ćwiczenie. To była bardzo, bardzo ważna rozmowa mojego ciała ze mną.

Kiedy pokazuję mu ten obrazek Mariny Czajkowskiej, ono się uśmiecha i daje znać, że o tym marzy.

Ale nie za szybko. Nie rajdem stulecia ku wiośnie, lecz we własnym tempie, z odpoczynkami i uważnością.

Bądźcie dobrzy dla siebie,

Małgosia