Wydajność: proteza poczucia własnej wartości

Wydajność: proteza poczucia własnej wartości

Gdy patrzę wstecz, przez wiele lat działanie mówiło mi o tym, że żyję. Pamiętam kilka lat temu stratę naszego trzeciego dziecka, długo wyczekiwanego, którą przebolałam w marszu. Nawet pisałam do kogoś w liście, że jestem jak raniony w okopie żołnierz z frontu I wojny światowej. Ból rozrywał klatkę piersiową, zawiedziona nadzieja odbierała rozum, w głowie huczało sto pytań, a ja trwałam z głową na bagnecie, gotowa walczyć we wszystkich niecierpiących zwłoki sprawach. Nie mogłam nikogo zawieść. Nie wiedziałam, że nie ma żadnej wojny. Że nie istnieje żadna wyższa konieczność ważniejsza niż ja wtedy. Że wszyscy i wszystko mogą poczekać. Zajęło mi kilka lat, żeby to zrozumieć.

Skuteczność różni się bardzo od wydajności. Te pojęcia wcześniej jakoś mi się mieszały. Po raz pierwszy zastanowiło mnie, że Covey zestawił skuteczność w działaniu obok budowania trwałych relacji z ludźmi. Dziś, po przeszło roku remanentu i podzieleniu się swoim doświadczeniem z innymi, powiedziałabym, że skuteczność to osiąganie najważniejszych życiowych celów. Dotyczących pełni naszego człowieczeństwa, relacji z bliskimi, zdolności kochania i radzenia sobie z trudnościami, pracy, marzeń.

Wydajność – to mała zołza, która obiecuje ci koronę chwały w zamian za 1000 procent normy. Mój Teść na weselu w zeszłą sobotę opowiadał, jak kupił sobie garnitur, w którym sprzedawca obiecywał 120 procent wełny. Żyjemy w wielkiej społecznej iluzji, że im więcej, tym lepiej. Tymczasem tym więcej musimy zrobić, by poczuć się dobrze, im mniejsze nasze własne przekonanie o tym, że coś znaczymy. Im mniejsze poczucie własnej wartości, tym więcej trzeba sobie (i innym) udowodnić, raniąc siebie przy tym ogromnie.

Możesz to przeżywać „siedząc z dziećmi w domu” albo pracując w korporacji – okoliczności nie mają żadnego znaczenia. Kiedy jednak pozwolisz sobie poczuć własną niepewność i tęsknotę za tym, by czuć się kochaną (lub kochanym) za darmo, to już dobry początek. Zawsze możesz zacząć szukać sposobów, jak przyjąć siebie ze swoimi ograniczeniami tak, jak się przyjmuje dawno niewidzianego gościa: nieważne z czym przychodzi; ważne, że jest. Jak okazać sobie szacunek, ochronić własną godność i zdjąć z siebie przymus wydajności.

Mój Mąż, którego mądrość i skromność nie przestają mnie fascynować, ostatnio miał przez weekend wymyślić strategię nowego projektu w pracy. Niespecjalnie jednak się tym zajmował. Oddał cały swój czas rodzinie, aż zaczęłam się martwić się, czy nie ściągnie na siebie kłopotów. W poniedziałek rano wstał i w pracy przedstawił pomysł, który urzeka sensownością. Nie ma w nim fajerwerków i tytułomanii; jest szacunek dla zasobów, czasu i zdrowego rozsądku wszystkich. Gdyby chciał być wydajny i zabłysnąć jak radziecka maszyna do obierania ziemniaków, pewnie poszedłby w innym kierunku. Jednak skupił się na realnych potrzebach i szacunku dla drugiego człowieka. Stworzył w ten sposób plan skutecznego działania.

Wydajność jest dla maszyn. My spełniamy się przez to, jak jesteśmy, dużo bardziej niż przez to, ile robimy.

Małgorzata Rybak

 

 

2 komentarzy

Komentarze są zamknięte.