Mąż zabrał dzieci na wycieczkę, a ja zostałam w domu z zapaleniem zatok.
A ponieważ choruję już kolejny dzień, przechodząc w stan minimalnej wydolności, gdy mąż ogarnia wiele frontów (ciekawe, że codzienne życie tak często kojarzymy z frontami i wojną), został też w domu ze mną wielki bałagan, pranie do poskładania i pusta lodówka.
I widzę, że coś się u mnie zmienia. Kiedyś próbowałabym ogarnąć albo rozrywałaby mnie złość. Dziś patrzę na to wszystko i pozwalam smutkowi przyjść do mnie. Pozwalam, by smutek wyświetlił mi wspomnienie niedawnego układania kwiatów na czystym stole na święta, sadzenia bratków na grządce, planowanej na ten weekend podróży w góry. Pozwalam, by ten smutek był ze mną nad moim brakiem sił i tęsknotą za normalnością. By wzbudził w brzuchu jęk nad bladością naszych nastolatków, przytwierdzonych do zdalnych form edukowania tak pozbawionych współczucia, że trudno nazwać to wszystko jakąkolwiek szkołą człowieczeństwa. Nad naszym synkiem-przedszkolakiem, który od rana mówi: „nudzi mi się”. Nad mglistym wspomnieniem, czym jest picie z kimś kawy, o imprezie nie wspominając. Pozwalam by wezbrał w brzuchu i wypływał łzami bezradności doświadczanej na tylu… frontach.
I myślę, coś się zmieniło. Że nie chcę wojny. Nie chcę szarpania się, walenia głową w ścianę i pogarszania wszystkiego. I puszczam. Puszczam ten bajzel, wiedząc, że przyjdzie na niego czas i siły, których teraz nie ma. Puszczam oczekiwania wobec siebie i świata.
I czytam u Carla Rogersa: „Im bardziej otwieram się na rzeczywistość wewnętrzną moją i drugiego człowieka, tym mniej we mnie pragnienia stabilizacji. Kiedy staram się wsłuchiwać w siebie i w to, czego doświadczam w moim wnętrzu, i im bardziej staram się poszerzyć to moje „wsłuchiwanie” w drugą osobę, tym bardziej narasta we mnie respekt dla złożoności procesu życia. Przestaję pospiesznie dążyć do „stanów ustalonych”, do ustalania celów, urabiania ludzi (…) i popychania ich drogą, jaką ja dla nich wybrałem. Znacznie bardziej zadowalam się byciem sobą i pozwalaniem drugiej osobie być sobą”.*
I myślę, że pośrodku tego bajzlu jak po bombie atomowej, przy światełku z pustej lodówki, mogę zapytać: Co u mnie słychać? Co u Ciebie słychać? Jak się masz?
Bo to, jak się wszyscy mamy, jest daleko ważniejsze niż cały świat do ogarnięcia i wszystkie jego fronty.
Bądźcie dobrzy dla siebie
M
*Carl Rogers „O stawaniu się osobą”
Małgosiu, przede wszystkim zdrowia! A po drugie mam pytanie: dlaczego to jest takie ważne, żeby ten smutek miał prawo zaistnieć? Dojść do głosu? Jest we mnie jakaś wielka obawa przed tym, że jakby już doszedł do głosu, to by wszystko zalał… jak powódź…
Jak nie dochodzi do głosu, do pozostaje w jakiejś formie napięcia i zamrożenia. U mnie maskuje go złość, ale taka jałowa, która szuka winnych, a nie rozwiązań. Ja mam empatyczną dwójkę, z którą wspieramy się w poczuciu smutku po kawałeczku i na tyle, na ile się da, żeby nie zalał. Łatwiej smucić się z kimś, jak smutku dużo, to lepiej tak.