Wczoraj byłam u dentysty. Dostałam znieczulenie, bo trzeba było wyjąć nerw. Nie wiem, czy na skutek mojego przerażenia (nigdy wcześniej nie przechodziłam takiego zabiegu) czy z powodu lęku dentystki – znieczulenie było końskie. Po trzydziestu sekundach miałam wrażenie, że staje mi serce, a ja zaraz odlecę albo dostanę zapaści i ostatnią rzeczą, jaką zobaczę w życiu, będzie lampa stomatologiczna.
Nie czułam potem niczego, co dotyczyło tego zęba. Do wieczora jednak także nie mogłam jeść, z trudem mówiłam, a porażona część twarzy nie umiała się uśmiechać. Koło dwudziestej pierwszej słaniałam się już z głodu.
I pomyślałam: no tak, tak działa znieczulenie. Nie czujesz tego, co boli, ale tych przyjemnych rzeczy też już nie. Do tego pomaga ono jedynie przetrwać, bo cała praca, by coś się uzdrowiło, polega już na czym innym.
Rodzajów znieczulenia dziś do wyboru, do koloru, mam wrażenie, że nasza cywilizacja osiąga w tym naprawdę wyżyny pomysłowości. Wszystko pod ręką, by nie czuć bólu. Można go odciąć pracą. Można zajeść albo zapić na tysiąc sposobów, uśmierzyć zakupami na żywo albo online, znieczulić serialami, portalami społecznościowymi i śmiesznymi filmami na youtube. I tylko potem okazuje się, że ból nadal jest. A głód nie został nakarmiony.
Ból przynosi cenną informację, że coś w nas bardzo potrzebuje opieki. Pomocy. Czułego spojrzenia. Uwagi. I traktowanie go serio – do czego i ja sama daję sobie coraz większe prawo – jest traktowaniem bardzo poważnie samego siebie. Z miłością, jaką to przejęcie się w końcu sobą oznacza.
m
#bliskosiebie
