Zdjęcie

Zdjęcie

„Mamooo, robię Ci zdjęcie!” – woła do mnie Pawełek i podnosi do góry swój zdezelowany, na wpół działający aparacik, który dostał w spadku po 16-letniej siostrze i jej dzieciństwie. Mieści się na nim 10 zdjęć, na których mało co widać, a potem trzeba je skasować. Zdejmuję akurat pranie z suszarki. Uśmiecham się do fotografii. Pawełek nie sięga mi nawet jeszcze do pasa. Zadziera głowę do góry. Uświadamiam sobie, że świat z jego perspektywy jest zupełnie inny niż z mojej. Większy. Przerastający go, jak ja go znacznie przerastam wzrostem.

I myślę sobie, że tak to jest, że on mi robi zdjęcia. Robi je cały czas. Z bardzo dobrą i pojemną kartą pamięci. Fotografuje jak sobie radzę i jak sobie nie radzę. Jak reaguję na trudności i jak przeżywam radości. Jak rozmawiam z innymi i jak się odnoszę do siebie. Co robię, jak jestem zmęczona. A nade wszystko zapisuje na tym czułym urządzeniu to, kim jestem dla niego. Bardziej kimś, kto jest, czy bardziej kimś kogo nie ma. Rejestruje, czy jestem kimś, kto się uśmiecha na jego widok, by kiedyś mógł wiedzieć o sobie, że dobrze, że jest. Czy kimś, przy kim można powiedzieć „nie” albo „jestem smutny”, „boję się” albo okazać złość – czy też spadnie wtedy na niego lawina.

Z tych zdjęć najbardziej ułoży sobie kiedyś, kim jest. I to, co można, a czego nie można w relacjach z drugim człowiekiem. Poskłada sobie album, do którego będzie sięgał codziennie. I stamtąd z prędkością neuronalnych impulsów pobierał wiadomości. O życiu. O świecie. O rozwiązywaniu problemów. O radzeniu sobie z emocjami. O swoich granicach. O swojej wartości. O tym, czy jest bezpieczny.

Podobnie jak Horacy, i ja nie wszystka umrę, będę żyć w tych obrazach razem z tym teraz jeszcze małym chłopcem.. Tak bardzo chcę, by to były piękne zdjęcia. I by tych wspierających, bezpiecznych, kolorowych i pełnych życia było więcej niż tych niejasnych, niepokojących i które zraniły.

m

Fot. Maria Elena Zuñiga / Unsplash