Jakim mądrym wynalazkiem jest ciało. Z jednej strony daje szansę zabrać nas nawet na dach świata i nakarmić oczy pięknem, z drugiej – sygnalizuje, kiedy nie czas na wspinaczkę. Mimo że wydawałoby się, że „damy radę”.
Jeden z moich ulubionych angielskich idiomów brzmi: flogging a dead horse. Oznacza tyle, co „daremny wysiłek”. Mnie jednak podoba się jego znaczenie dosłowne: chłostanie martwego konia. Czasem wydaje się nam, że na brak sił i energii pomoże podjęcie jeszcze większej ilości zadań. Taka iluzja.
Jak widać, jest mnie na blogu ostatnio mniej. I ja ulegam rozmaitym złudzeniom co do możliwości fizycznych. Zajmując się kończeniem prac nad papierową książką i e-bookiem (z nieocenioną pomocą innych ludzi) [KLIK], pisaniem i prowadzeniem cyklu warsztatów „Złap życie” [KLIK], który także dobiega końca, wyczerpuję czas możliwy na pracę. Na więcej nie mam sił – i dobrze. Więcej byłoby nadmiarem.
Czekam nadal na wyniki biopsji (śmieję się, że wysłali próbki do Hondurasu albo do podwodnego taniego laboratorium w Rowie Marańskim, że tyle to trwa). Moje samopoczucie jest znacznie lepsze w porównaniu do fazy krytycznej jego obniżki na przełomie lutego i marca, co sprawia, że żyję jak człowiek, który dostał bilety na kolejne dni życia. Noszę sukienki, bo szkoda czasu na spodnie. Nawet siadam i kładę się, celebrując fakt, że ciało nadal jest częścią mnie. Myślę, że jeśli wyniki będą ok, pozostanie we mnie to doświadczanie na nowo (nie)zwykłego życia.
Moja świętej pamięci Babcia była mistrzynią życia na poziomie „wystarczającym”, nie – perfekcyjnym. Potrafiła opowiadać o tym, co robiliśmy razem z nią danego dnia, jakby była to wyprawa na księżyc. Każdy talerz najprostszej zupy owocowej zamieniał się z nią w święto. Każda wyprawa do parku była przygodą jak z National Geographic. Każda kartka książki o Ferdynandzie Wspaniałym była jak tysiąc bajek Disneya. Że nie wspomnę, jaka to była radość, gdy Babcia wysłała mi i bratu pocztówkę ze swoich wczasów nad morzem, w której napisała: „Dziś spotkałam po drodze na plażę Ferdynanda”.
To wszystko jest możliwe, jeśli uda się nam posłuchać ciała i zmienić narrację o naszym życiu. Zamiast katarynki, która prawi nam jak stara zrzęda, że robimy ciągle za mało, starczyłoby usiąść wieczorem z lampką tego, na co nie pogniewa się wątroba ;), i podsumować dzień z perspektywy jego pełni, nie braku. Czyli tego, co się stało i udało, a nie – czego nie było. „Podgrzałam pyszną zupę kalafiorową” – zamiast: „obiad był z wczoraj”. „Pogadałam z dziećmi o życiu” – zamiast „przypilnowałam, żeby posprzątały WSZYSTKO”. Gdyby – jeśli to możliwe – przeczytać swój dzień w kluczu Psalmu 23. Słów o obfitości, nie o braku. Brak uczy pokory – ale szkoda, jeśli przesłania całą resztę.
Jedna z uczestniczek poprzednich edycji warsztatów zachwyciła resztę z nas planem, że sprawi sobie piękną i wygodną piżamę, której ubranie będzie sygnałem dla rodziny, że zaraz siądzie z książką w fotelu. Pozdrawiam ją szczególnie. I kończąc pisać to w poniedziałek wieczorem, zaraz polecę szukać swojej piżamy.
Małgorzata Rybak
Kojarzyło mi się pejoratywnie ale weszłam, przeczytałam i dziękuję.
Staram się stale być perfekcyjna, a gdy czasem dopada mnie brak sił, mówię sobie, że na wszystko najlepsza praca i zamiast celebracji ciepłej kawy w ciszy(jak dzieci śpią), jest mop i szybkie lyki zimnej kawy. Bo gdy najdzie mnie myśl o relaksie, odpadają mnie wyrzuty sumienia. Trafnie ktoś zadał mi pytanie czy jeszcze umiem odpoczywać, czy umiem? Hmm
Hej Aniu, dziękuję za podzielenie się. Zapraszam na warsztaty, trochę pomagają uporać się z przekonaniami, które nie dają żyć 😉