Awantura o Boga

Awantura o Boga

To tekst, który zebrał w mediach społecznościowych falę hejtu – zresztą tak przewidywałam. I nie mówię o krytyce czy innym zdaniu, ale konkretnie o wypowiedziach naszpikowanych inwektywami. Wydaje się nawet, że jest o ogólna tendencja komentarzy na portalach katolickich: im bardziej osoba uważa się za pobożną, tym bluzg jest bardziej wyrafinowany, a górowanie nad innymi – tym bardziej odczuwalne.

Możliwe, że nie udało mi się przekazać sedna i jeszcze wiele tekstów o tym potrzeba, a możliwe też, że niektórzy po prostu nie czytają więcej niż tytuł i czują się uprawnieni do wyrażania opinii na tej podstawie.

Od długiego czasu próbuję powiedzieć, że nie da się kochać Boga, nie kochając człowieka. A nawet właściwie tylko po tym drugim możemy coś powiedzieć o tym pierwszym. Stąd pytanie: „kto jest ważniejszy: mąż czy Bóg” jest od czapy i wszystkie ścieżki na skróty w tej dziedzinie jakoś kompromitują naszą wiarę.

Próbowałam to powiedzieć w tym tekście (KLIK).

Małgorzata Rybak

4 komentarzy

  1. Agaja

    Hejt hejtem, a Ty masz (IMHO) rację.
    Być może problem wynika z podejmowanych uproszczeń w myśleniu. Bo Pan Bóg rzeczywiście ponien zajmować pierwsze miejsce w życiu człowieka, ale … Pan Bóg przecież nie jest konkurentem dla żony czy męża! I w tym zdaniu o pierwszym miejscu przede wszystkim chodzi o to by nie stawiać innego człowieka (ani idei czy ideologii) na miejscu należnym Panu Bogu.

    Łapię się na tym, że alergicznie ia ostro reaguję na przedstawianie relacji w małżeństwie jako walki (no to sięwiże z tym przedstwianiem mężów jako gamoni albo żon jako idiotek zainteresowanych tylko wydawaniem pieniędzy) i ciągnięcia każdy w swoją stronę oraz na zasadzie możliwości manipulowania („mądra żona wie co zrobić, aby mąż zrobił to, czego ona pragnie”).

    Tak wiele w nas ułomności jeszcze…

  2. Cherry

    Zacznę od końca. A propos Wojtyły i osoby proponuję książkę Melonowskiej „O(s)obna”- o Wojtyły filozofii personalistycznej. Tak off-topic. A w temacie… Ja mam męża niewierzącego ” z domu”, tzn nieochrzczonego. I to bardzo mocno ustawia mi hierarchie relacji Bog-ja-mąż-dzieci. Z Twoimi obserwacjami trudno się nie zgodzić… Tak sobie myślę, że mnie jest paradoksalnie łatwiej…

    1. Małgorzata Rybak

      Dziękuję Wisienko za polecenie lektury. Ja jadę na tym, czego nauczyłam się z i o „Miłości i odpowiedzialności” Wojtyły. Wydaje mi się, że personalizm jest wystarczającym i kompletnym kodem etycznym.

      Fascynuje możliwość kochania/szanowania drugiego człowieka nie za to, że „mieszka w nim Pan Jezus” (co rodziło we mnie jakiś bunt wobec pobożnego, ale jednak uprzedmiotowienia), ale dlatego, że jest człowiekiem. Dzieckiem Bożym. Bez względu na to, w co wierzy i co robi. Może to też wpływ ukochanego Emmanuela Levinasa.

Komentarze są zamknięte.