To tekst, który zebrał w mediach społecznościowych falę hejtu – zresztą tak przewidywałam. I nie mówię o krytyce czy innym zdaniu, ale konkretnie o wypowiedziach naszpikowanych inwektywami. Wydaje się nawet, że jest o ogólna tendencja komentarzy na portalach katolickich: im bardziej osoba uważa się za pobożną, tym bluzg jest bardziej wyrafinowany, a górowanie nad innymi – tym bardziej odczuwalne.
Możliwe, że nie udało mi się przekazać sedna i jeszcze wiele tekstów o tym potrzeba, a możliwe też, że niektórzy po prostu nie czytają więcej niż tytuł i czują się uprawnieni do wyrażania opinii na tej podstawie.
Od długiego czasu próbuję powiedzieć, że nie da się kochać Boga, nie kochając człowieka. A nawet właściwie tylko po tym drugim możemy coś powiedzieć o tym pierwszym. Stąd pytanie: „kto jest ważniejszy: mąż czy Bóg” jest od czapy i wszystkie ścieżki na skróty w tej dziedzinie jakoś kompromitują naszą wiarę.
Próbowałam to powiedzieć w tym tekście (KLIK).
Małgorzata Rybak
Hejt hejtem, a Ty masz (IMHO) rację.
Być może problem wynika z podejmowanych uproszczeń w myśleniu. Bo Pan Bóg rzeczywiście ponien zajmować pierwsze miejsce w życiu człowieka, ale … Pan Bóg przecież nie jest konkurentem dla żony czy męża! I w tym zdaniu o pierwszym miejscu przede wszystkim chodzi o to by nie stawiać innego człowieka (ani idei czy ideologii) na miejscu należnym Panu Bogu.
Łapię się na tym, że alergicznie ia ostro reaguję na przedstawianie relacji w małżeństwie jako walki (no to sięwiże z tym przedstwianiem mężów jako gamoni albo żon jako idiotek zainteresowanych tylko wydawaniem pieniędzy) i ciągnięcia każdy w swoją stronę oraz na zasadzie możliwości manipulowania („mądra żona wie co zrobić, aby mąż zrobił to, czego ona pragnie”).
Tak wiele w nas ułomności jeszcze…
Dla mnie takim kluczem do relacji stał się szacunek dla osoby. Wojtyła znaczy. Wszystko uporządkował.
Zacznę od końca. A propos Wojtyły i osoby proponuję książkę Melonowskiej „O(s)obna”- o Wojtyły filozofii personalistycznej. Tak off-topic. A w temacie… Ja mam męża niewierzącego ” z domu”, tzn nieochrzczonego. I to bardzo mocno ustawia mi hierarchie relacji Bog-ja-mąż-dzieci. Z Twoimi obserwacjami trudno się nie zgodzić… Tak sobie myślę, że mnie jest paradoksalnie łatwiej…
Dziękuję Wisienko za polecenie lektury. Ja jadę na tym, czego nauczyłam się z i o „Miłości i odpowiedzialności” Wojtyły. Wydaje mi się, że personalizm jest wystarczającym i kompletnym kodem etycznym.
Fascynuje możliwość kochania/szanowania drugiego człowieka nie za to, że „mieszka w nim Pan Jezus” (co rodziło we mnie jakiś bunt wobec pobożnego, ale jednak uprzedmiotowienia), ale dlatego, że jest człowiekiem. Dzieckiem Bożym. Bez względu na to, w co wierzy i co robi. Może to też wpływ ukochanego Emmanuela Levinasa.