Pogrzeb, huragan Ksawery i mama w ciemnym domu

Byłam wczoraj na pogrzebie. Podobnie jak pół Wrocławia, bo odszedł bardzo dobry człowiek. Zostawiając wśród dzieci córkę w wieku naszej Ani, z którą zresztą są przyjaciółkami od serca.

Te rzesze ludzi, najpierw w kościele, a potem w deszczu, bo niebo płakało solidarnie z nami, mówiły o tym, że pozostaje po nas tylko dobro. Anna, która zmarła po niezwykle krótkiej i dramatycznie przebiegającej chorobie, była osobą tak skromną i cichą, tak miedialnie nieobecną, że można by przypuszczać w naszych czasach, iż bez kilku tysięcy przyjaciół na fejsbuku jej odejście będzie równie kameralnie przeżywane. A jednak było odwrotnie. Morze ludzi.

Wieczorem nadszedł huragan Ksawery i to też była adekwatna odpowiedź nieba. Obok łez i smutku – wielki gniew. Że w życiu tyle się dzieje nieprzewidzianego trudu, że przecież dzieci potrzebują mam, mężowie – żon, klasy – wychowawców i nie powinny takie kobiety i tak młodo znikać z tego świata.

Elektryczność przeminęła z wiatrem. Szukałam w garażu świeczek, próbując dodzwonić się do Andrzeja na jego wyjeździe służbowym i zasięgnąć języka, w którym kartonie ustawionej na regałach piramidy ze wszystkim mogą się one znajdować. Dzieci spanikowane, więc je uspakajałam, że sytuacja zostanie wkrótce opanowana (chyba mało przekonująco, bo po głowie chodziło mi, jak w domu, w kórym wszystko jest na prąd, zjemy kolację bez kubka ciepłej herbaty i spakujemy się do szkoły w egipskich ciemnościach; jak wykąpię najmłodszego i z kuchniosalonu zrobię coś, przez co da się po całym dniu przejść bez uszczerbku).

Paląc chwilę później wszystkie świeczki, jakie udało mi się znaleźć, myślałam o Annie, której w jej własnym domu zabrakło, i o tym, że każda mama jakoś przechowuje te rzeczy: światło i ciepło. Roznoszenie po czarnym domu (bo gdy prąd wysaiada na wsi, nie jest szaro, ale naprawdę czarno) kubków ze świeczkami i świeczników stało się dla mnie jakimś zastanawiającym rytuałem. To dlatego tak ważny jest uśmiech. Dlatego tak ważny jest czas. Dlatego tak ważne jest poradzenie sobie ze swoim lękiem, nerwami, smutkiem. Dlatego ważne jest noszone w sercu przekonanie, że będzie dobrze. Bo inaczej nikt w domu to nie uwierzy. Dzieci w to nie uwierzą.

Prąd wrócił i już dawno nie smażyłam tostów francuskich, zwanych u nas telegrzankami, z takim zapałem. I z taką radością nie parzyłam herbaty. A to wszystko przecież łatwo staje się elementem nużącej rutyny, gdy zabraknie w środku pytania “dlaczego?”. Z bycia mamą łatwo może zostać lista rzeczy do zrobienia, z praniem, gotowaniem i zakupami w rolach głównych. Od długiego już czasu upraszczam te zajęcia, by więcej zostało na bycie w relacji – i z dziećmi, i z sobą samą, by na to pierwsze były realne zasoby.

Często wieczorem, gdy Andrzej był już w domu, wraz z końcem dnia zabierałam się za swoje sprawy, które czekały chwili ciszy. Od jakiegoś czasu staram się odkładać moment otwarcia komputera, aż nie zrobię obchodu, nie posiedzę chwilę z każdym z dzieci, nie zamknę z nimi dnia. Dziś myślę, że dobrze, by stało się to stałym rytuałem, od którego żadna pilna praca mnie nie oderwie.

Bo kto poroznosi iskierki światła po domu, jeśli ja utknę gdzieś w swoim własnym zasupłanym tobołku.

Małgorzata Rybak

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *