Mamy w domu taką parę czarnych dżinsów, które nie wiadomo, czyje są. Krążą po domu, podawane z szafy do szafy. Wpadają mi w ręce podczas remanentów. Zanoszę do pokoju Krzyśka. Krzysiek po miesiącu podrzuca je Ani. Ania podrzuca do kosza na pranie, bo po wycieczkach są wyświechtane. Andrzej zwijając pranie z suszarki – podrzuca do mnie.
Biorę je po raz piętnasty w tym roku do ręki, i myślę, to jak z krążącymi po domu uczuciami, które nie mają właściciela. Bardzo mi się spodobało, jak ks. Grzywocz nazwał je bezpańskimi, które biegają po świecie. No. Takie są. Bezpańskie, to i kłopot jest z nimi.
Może to być gniew, że „ty mnie wkurzasz”, a nie, że „ja się wkurzyłam”. Mogą to być problemy w pracy męża, które powodują, że to żonę boli brzuch albo głowa. Może być smutek mamy, jej łzy i wyłączenie, które bierze na siebie córka, myśląc, że może to z jej powodu.
Dlatego to takie ważne – by uczucia miały właściciela. By było wiadomo, co jest czyje. By je nazywać. „Jestem smutna, bo mam kłopot w pracy”. „Jestem zestresowany, bo wisi nade mną deadline i boję się, czy zdążę”. „Jestem zła, bo zależało mi, żeby załatwić tą sprawę, a mi się nie udało”.
Tylko spodnie, które mają właściciela, mogą być z wygodą noszone, prane, składane na półkę.
Tylko uczucia, które mają właściciela, mogą zostać przeżyte, a ich mądrość zrozumiana bez krzywdy dla otoczenia.
One się odwdzięczają – i dają się oswoić, gdy bierzemy je do rąk jako swoje. Gdy mówimy, to moja złość, która o czymś mi opowiada. To mój smutek, który pokazuje mi, co straciłam. Mój lęk, który mówi mi, że potrzebuję wsparcia. Kiedy są oswojone, można z nich korzystać lepiej i bardziej w zgodzie z wartościami. By nie płynęły w domu jak podziemne rzeki, które odbierają poczucie bezpieczeństwa.
m
PS Za zdjęcie aniołka dziękuję gorąco mojemu Bratu Bliźniakowi. Zabrał figurkę na sesję w deszczowym Luton, gdzie mieszka.
#bliskosiebie #bliskodrugiego