„Czas życzeń za nami, ale mając je „na świeżo”, możemy się czegoś ważnego nauczyć na kolejne okazje. Wielu ludzi ma kłopot z łamaniem się opłatkiem czy dzieleniem wielkanocnym jajkiem właśnie dlatego, że setki razy byli adresatami życzeń, które nie miały niczego wspólnego z życzliwością…”. To fragment tekstu, który ostatnio napisałam dla Aletei (znajdziecie go TU [KLIK]).
Przyznam, że coraz bliższe są mi życzenia coraz prostsze. Najprostsze. Promyki życzliwości, które zostawiają przestrzeń na to, by ją wypełnić własnymi potrzebami. Może trochę jak z prezentami – łatwiej mi myśleć kategoriami, z czego ucieszyłabym się sama, ale przecież nie o to w prezencie chodzi. Więc szukam, o co chodzi w życzeniach?
A Was, jakie wspierają najbardziej?
Bądźcie dobrzy dla siebie 💚
m
Fot. Pixabay
Nie lubię życzeń. Od dawna. Nie wierzę, że mają jakiś sens, jakąś nazwijmy to „moc sprawczą”. Wolę powiedzieć komuś, że go kocham (tak było na Wigilię), powiedzieć, że cieszę się ze spotkania, że z kimś mi dobrze, że kogoś cenię, podziwiam, za kimś tęsknię. Chyba jedyne życzenia, które lubię składać to wypowiadane do małżonków bardziej żartobliwie niż na poważnie „życzę Ci pociechy z męża/żony”. Natomiast najgorsze z tego wszystkiego jest słuchanie życzeń. To już w ogóle jest kosmos. Mam ochotę powiedzieć ” Człowieku, powiedz mi, że mnie lubisz, to przynajmnjen się ucieszę. Nie wymyślaj :)”