Ostatni rok, tak pełen ogromnie trudnych przejść, nauczył mnie szerokim łukiem omijać wszelkie, choćby najszlachetniej ujęte, maksymalizmy. Ostatecznie to one sprawiają, że traci się z oczu osobę. Całopalenia z pojedynczego człowieka pozostawiają po sobie rany trudne do zabliźnienia – czy to będzie składanie bliskich i więzi z nimi na ołtarzu własnego kalendarza i rozmachu planów (obojętnie czy rozwoju firmy, czy wielkiego sprzątania), czy będą to ofiary subtelniejsze, a tym bardziej bolesne, w imię zbożnych celów i dzieł.
Pisałam już o tym, że zafascynowała mnie redukcja. Może dlatego, że śmierć zajrzała mi w oczy, przyspieszyła we mnie ten trwający od dłuższego czasu proces rezygnacji z „tam” i „kiedyś” do prostego „tu i teraz”. Symboliczne stało się dla mnie przygotowywanie owsianki – prostego posiłku, który syci. W zwykłości dnia, który składa się ze swych części stałych – a każdą można celebrować, bo przecież dni mogły się już skończyć.
Przez wiele lat słyszałam, że trzeba być „wszystkim dla wszystkich”. Rozumiem, że św. Paweł miał na myśli ten rodzaj empatii, która wychodzi na spotkanie drugiemu człowiekowi i chce mu towarzyszyć. A jednak można sprowadzić tę maksymę do wymiaru karykatury – i wiecznego napięcia, by nikogo nie zawieść. Potem nie wiadomo już, czy chodzi o tych „wszystkich”, czy o własne poczucie, że jestem w porządku. Jeśli „nigdy nikogo nie zawodzę”, kogoś prawdopodobnie zawodzę bardzo: siebie.
Lubię myśleć, że wystarczy być kimś dla kogoś. Nie po to, by potwierdzić własną wartość, ale by odkrywać piękno spotkania, wymiany, dzielenia się swoim sercem. Mogę zawsze wybrać coś osobistego i nadać temu najwyższą wagę – jakkolwiek delikatne i niewidoczne byłoby dla reszty świata.
Nawet Bóg nie jest „wszystkim dla wszystkich”, ale zawsze kimś dla kogoś, w najbardziej intymnym, pełnym szacunku i osobowym spotkaniu.
Małgorzata Rybak