Poproszono mnie o napisanie o tym, czy potrzebujemy detoksu od mówienia i po co cisza. Przyszedł mi do głowy Artur. Ci, którzy go znają, wiedzą, jak wiele przeszedł w zeszłym roku on i jego żona Danusia oraz cała ich rodzina. I jak wszyscy się baliśmy o niego, gdy okazało się, że cierpi na raka krtani.
Prognozy były takie, że Artur straci głos. Wszystko było dla nas lepsze niż to, by go zabrakło; byli tacy, którzy dodawali mu otuchy, by olał głos, bo życie ważniejsze. Dzięki pomocy znajomego lekarza, który niemal jak cudotwórca przekonał do opieki nad Arturem najlepszego specjalistę, Artur dzisiaj nadal mówi. Choć szeptem.
Ja i Andrzej mamy dla jego głosu szczególny i dozgonny dług wdzięczności. Gdy przyszły na nas wyjątkowo ciężkie doświadczenia, gdzie ciąg nieludzkich gestów pozbawił nas całkowicie możliwości wypowiadania się, to właśnie szept Artura był najbardziej donośnym głosem w naszej obronie, który próbował chronić i nas, i nasze dobre imię. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołam opowiedzieć, jak wiele to dla nas wtedy znaczyło – gdy maszynka wielkich idei mieliła nas na drobny mak i rozsypywała moje prochy na cztery strony wielkiego świata, skrojonego na miarę bezdennych ambicji i pod przyszłość masowych, zdepersonalizowanych sukcesów.
Cisza sprawia wiele kłopotu, pomijając tak trudne pytania jak to, kiedy stanąć w czyjejś obronie, kiedy się bronić i stawiać granice, a kiedy słowa nie mają sensu. Dla naszej codzienności ważniejsze wydaje się, jak wyciszyć własny środek. Co nas spotka, gdy spróbujemy pomilczeć? O tym, czego nauczył mnie Artur, o jego drodze i o detoksie od słów przeczytacie w dzisiejszym wielkosobotnim tekście dla Aleteia Polska [KLIK].
m