Cnoty Dzikiej Dziewczynki

Cnoty Dzikiej Dziewczynki

Wczoraj zauważyłam, że coś się w mediach stało. Na widok powracającej frazy „ugruntowanie dziewcząt do cnót niewieścich” czułam, jak kulą mi się ramiona, zapada klatka piersiowa, ręce opadają bezwolnie wzdłuż ciała. I nie wiem, czy to o bezsilności, czy o tym, że nie chcę się tym zajmować, bo za tymi pierwszymi odczuciami podąża bulgotanie w biednym i tak od napięcia żołądku, a do niego dołącza się ból głowy.

Na ostatnim wyjeździe była ze mną „Czuła przewodniczka” Natalii de Barbaro. Czytam od kilku tygodni nie dlatego, że tak powoli wchodzi, ale że to taka książka, że chcesz ją jednocześnie połknąć w całości, nie omijając żadnego przecinka, i nie pozwolić jej się za szybko skończyć, żeby nie poczuć żalu, że to już. Więc wybieram smakowanie.

Dawno, naprawdę dawno nie czytałam tak przejmującej rzeczy. Wydawało mi się, że już tyle wiem, tyle nawet umiałabym nazwać, ale to, jak pisze autorka, jest czymś absolutnie niebywałym, co nadaje treści zachwytów pierwszego poranka, pierwszego zachodu słońca, pierwszej kropli wody, która spada na skórę. To jak siedzenie z nią przy ognisku i słuchanie opowieści, która najpierw była jej słuchaniem samej siebie i tylu innych kobiet. Jakby najpierw wysłuchała i mnie.

Jest tam rozdział pt. „Dzika Dziewczynka”. Myślę, że znam już wiele dziecięcych części siebie, ale ta dzika najłatwiej się chowa. Widzę ją, jak biegnie boso bez pamięci po łące, jak zrywa z krzaka maliny, jak śpiewa indiańskie pieśni językiem, który sama wymyśliła, rysuje, pisze, tańczy. Ogorzała od słońca, zorientowana, gdzie w spiżarce jest dżem truskawkowy. To ona mi podpowiada: idź z tym pisaniem na taras, widziałaś ten stół zastawiony międzywyjazdowym majdanem tyle razy. Idź, poczuj, jak wieje wiatr, jak pachnie lilia zostawiona tam na noc w wazonie.

Ta dzika, dziecięca część z pewnością sprawiła, że w wielu trudnych momentach nie zwariowałam. Że życie w najbardziej potłuczonej i rozbitej wersji nie rozpadło mnie całkiem do niebytu. To ona zachęca mnie nieustannie do robienia czegoś nowego. Do mówienia otwarcie o współczuciu, życzliwości, pięknie i bólu życia, kruchości i wstydzie. Żeby nie żałować kiedyś, że nie żyłam. Że szanse wyciągania ręki ku drugiemu i tak wielu drugim opadły na ziemię jak zwiędłe listki. I choć ileś z nich musi opaść, wielki byłby to smutek, widzieć usłany nimi cały ogród życia.

Celowo nie polemizuję z autorem słów o cnotach niewieścich. Czuję, że wydatek energii byłby zbyt wielki, a mam jej mało, zajęta życiem, które na ten moment pełne jest wyzwań i wezwań do cieszenia się latem po tym tak ciężkim roku. Do dania rodzinie oddechu, bo kto wie, co jeszcze będzie.

Ale jestem pewna, że każda kobieta potrzebuje swojej Dzikiej Dziewczynki. Ona jest jak bliźniacza siostra tej zranionej, zgubionej, porzuconej.

Przynosi jej poziomki i zabiera ją na wyprawę. Po to, żeby móc pokazać dzieciom, że świat jest piękny, życie jest cudem, a wszystkie jego skarby odnajdujemy w więziach z innymi, sobą samym, światem, i Tym, który nad nim czuwa – potrzebny jest instynkt życia zachwyconej, twórczej, czującej i myślącej Dzikiej Dziewczynki.

I dodam jeszcze, że ona jest bardzo ugruntowana. Ugruntowanie – to kontakt z ziemią. Aleksander Lowen mówił, że jego początek jest w więzi z mamą. To dzięki mamie chodzimy po ziemi pewnie, czujemy się na niej u siebie i jak w domu. A mama mogła nam to dać tylko wtedy, gdy w jej wewnętrznym świecie obok Czułej Mamy była także obecna Dzika Dziewczynka.

Bądźcie dobrzy dla siebie 💚

M

Fot. Nathan Dumlao / Unsplash

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *