Czasami bywa tak, że stawiamy świat do góry nogami i dziwimy się, że się przewraca. I jakoś przed świętami tym bardziej można tego doświadczać. Masa punktów do zrealizowania, jeszcze to trzeba i tamto. Praca na akord, sprzątanie, zakupy i odstanie w kolejkach, gotowanie codziennych kłopotów w wielu garnkach, a na to zasmażka kolejnego „muszę” i „powinnam”. I tylko modlimy się: Boże, żebym się nie denerwowała. Żebym była uważna i empatyczna dla dzieci. I żebym była miła. (Najlepiej dla WSZYSTKICH – miła).
A tymczasem to pierwsze, małe, zapomniane, zaprzęgnięte jak koń pociągowy do roboty – nasze ciało – jest na wykończeniu. I kurczy się całe w przerażeniu, co jeszcze. Co jeszcze dorzucimy, co dołożymy, jakby było za mało…
Może łatwiej jest mi teraz mu uwierzyć, bo od tygodnia jestem chora. A od weekendu to już fest. Pół nocy bezsennie przekaszlane. Zlana potem. Bez sił. Gdy moje ciało padło, wyszeptało do mnie: „Za dużo było. Spraw, stresu, naruszonych granic. Przepraszam cię, ale nie dam rady więcej”. I gdy tak w chorobie z nim jestem, to ja je przepraszam, że natłoku spraw znikło mi z pola widzenia. Że wszystko było ważniejsze niż ono.
Chciałabym i próbuję od dłuższego czasu zaprzyjaźnić się z nim i pytać się jego, co ono na moje pomysły, na rozmaite „muszę” i na propozycje innych. Chcę traktować je bardziej serio, żeby w końcu i do siebie samej tak się odnosić. Na serio i z szacunkiem. I myślę, że gdyby zaczynać od niego, to owo błaganie o cud, który sprawi, że będziemy mieli siłę na dobry kontakt i zasoby do ogarniania trudów życia, nie byłoby tak potrzebne. I że ciało samo może mnie zaprowadzić w miejsca wielu cudów.
A gdyby zaczynać dzień od przywitania się z nim, ze swoim ciałem? „Hej, jak się dziś masz? Co do mnie mówisz? O co mnie prosisz? Co bierzemy, a co możemy odjąć z planów? Kocham Cię. Kocham Cię bardzo, bo jesteś mną”.
A na zdjęciu karteczka z kalendarza adwentowego na dziś. W miejsce „ktoś” można także wstawić „to, co ja chcę od siebie”.
m
#bliskosiebie #bliskodrugiego