Ciekawa jestem, skąd wziął się ten mit – o czasie leczącym rany. Jakby żywym dowodem, że nie, nie były rzesze ludzi zrozpaczonych, zgorzkniałych, którzy przestali wierzyć w cokolwiek, bo czas zakleszczył ich w nieuleczonej ranie.
Oglądam czasem z Andrzejem filmy wojenne – on je lubi, a ja lubię spędzać czas z nim; zresztą wychodzę z założenia, że dobre jest każde kino, które popycha do myślenia nad życiem. Nawet to kino ostatnich dekad, które odbrązowiło bohaterów (nie umierają już z pieśnią na ustach), szczególną wagę przypisuje ethosowi braterstwa. Jak w ostatnio widzianym „Helikopterze w ogniu” – zastanowiło mnie, że z pola walki zabierani byli absolutnie wszyscy ranni. A przecież gdyby czas leczył rany, wystarczyłoby ich zostawić tam, gdzie byli. Czas przybyłby z opaską sanitariusza i poczekał, aż wstaną o własnych siłach.
Znajomy kapłan powiedział nam niedawno, że ran nie można zostawić na pastwę czegoś równie bezdusznego jak czas. Gdy myślę o tym, zgadzam się, że czas sprzyja tylko jako tło do działania. Ranny człowiek potrzebuje opatrzenia kontuzji, uszkodzeń i śmiertelnych postrzałów. Jedynie kino akcji pokazuje tych najsilniejszych, którzy potrafią sami sobie wyjąć kulę, a nawet zszyć igłą rozszarpane ciało. Normalnie człowiek sam, nawet żyjąc z czasem za pan brat, nie potrafi sobie udzielić pomocy. Pomoc przychodzi w relacjach z innymi ludźmi, których brak może okazać się śmiertelny.
Gdy zostajemy potraktowani poniżej godności człowieka, tym bardziej nie mamy onarzędziowania do samopomocy. Im gorszy gest nas dotknął, tym bardziej rozsypuje się poczucie własnej wartości i wiara w to, że możemy coś sprawić. Ciekawe, że na ogół w rodzaju krzywdy tkwi już podpowiedź, co może być lekarstwem. Gdy doświadczamy poniżenia – lekiem na ranę będzie okazany szacunek; na odrzucenie i wykluczenie – akceptacja i włączanie; na zdradę – czyjaś lojalność i wierne trwanie. Czas nie przydaje się na nic, jeśli nie wypełni go czyjaś obecność. Tylko czas ofiarowany – na rozmowę, bycie, trwanie – ma właściwości leczące.
Uczę się tego z naszego własnego dramatu, od którego upływa coraz więcej miesięcy, a zaraz będą to lata. I doświadczam tego, jak uciążliwe są rany pozostawione na pastwę czasu, choćby ogłoszono przedwcześnie zgon i przykryto pacjenta nagrobną płytą. „Sprawa zamknięta”. No właśnie nie. Rany zignorowane wcale się nie goją. Ropieją, zajmują kolejne organy. Rozerwane mięśnie, gdy się zasklepią, powodują kalectwo. Pamięć eksplozji zamyka w chorobliwym lęku przed kolejną. Marny to lekarz, który stwierdził obrażenia, a następnie wyszedł i wrócił za miesiąc, rok albo dziesięć lat, by sprawdzić, co się samo poprawiło.
Nosimy też w sobie wielką wdzięczność dla tych, których radary dostrzegają inny horyzont niż bezwład czasu. Wielką. Za wszystkie okłady, plastry i napary z ziół braterskiej miłości. To wzrusza i wzmacnia, dodaje sił. Naprawdę są momenty, że człowiek nie jest w stanie pomóc sobie sam, choć nie jest łatwo się do tego przyznawać. Doświadczenia, które zmiotły nas w zeszłym roku jak wybuch atomu, są w nas żywe, obecne i nadal koszmarnie trudne.